Człuchów

Dziś ostatnia część relacji z wycieczki do Człuchowa i okolic.

Zamek krzyżacki

Chojnice i Charzykowy trzeba było pożegnać. Zamek w Człuchowie zostawiłam sobie na koniec, bo byłam tam już kilka razy. Gdyby czas nas zaskoczył, przeżyłabym bez wizyty we wnętrzach. Na szczęście udało się zobaczyć wszystko jednego dnia.

Zwiedzanie w maseczkach nie było zbyt komfortowe, zwłaszcza w środku, ale to nie był czas na narzekania. Mieliśmy zaledwie godzinę, więc staraliśmy się chociaż przejść przez wszystkie pomieszczenia.

Wejścia na wieżę też nie mogłam sobie odpuścić. W pewien sposób fascynuje mnie ten moment, gdy wchodzę do góry krętymi kamiennymi schodami i wyobrażam sobie, że mogę utknąć tu na zawsze. Jest ciasno i duszno, oddech gęstnieje, a bicie serca jest tak głośne, jakbym miała je w dłoni. Często podczas takich wspinaczek miewam napady paniki, ale nie daję po sobie poznać. Każde wejście na szczyt jest więc dla mnie osobistym sukcesem, pokonaniem kolejnych psychicznych barier. Wtedy uczę się siebie, swoich reakcji, nawiązuję bliższy kontakt z ciałem, porządkuję myśli.

Wiatr we włosach i panorama Człuchowa oglądana z zamkowej wieży – tyle mi wystarczy, by poczuć pełnię.

Stąpanie po kamieniach i dotykanie zimnych cegieł jest ucztą dla moich zmysłów. Wyczuwam kroki dawnych mieszkańców, czuję chłód zimnych zbroi. Schodzę do wiekowych piwnic w poszukiwaniu najlepszych trunków, zaglądam do komnat, słyszę ciche modlitwy zakonników. Ten świat żyje wtedy we mnie.

Nie pytajcie, dlaczego kocham zamki, zwłaszcza średniowieczne. Nie wiem… Nigdy nie przepadałam za historią i nadal nie interesują mnie konkretne wydarzenia, daty. Może fascynuje mnie ta głucha cisza?

Rynek

Tego dnia na rynku akurat była impreza z foodtrackami. Choć byliśmy już nieziemsko głodni, tłumy były takie, że nabawić się można było albo skrętu kiszek przez godzinne stanie w kolejce, albo koronawirusa. Żałuję, że nie było tyle przestrzeni, by zrobić więcej zdjęć.

Canpol

Musieliśmy zatrzymać się gdzieś, by nakarmić ciała. Najbliżej, i po drodze, był tylko Canpol, czyli wszystko, czego potrzeba podróżnemu. Stacja, sklep, restauracja i zoo.

Długie oczekiwanie na posiłek umiliłam sobie spacerem wśród zwierząt żywych.

I martwych…

Wsłuchiwałam się w szum drzew, a potem w szum deszczu. Zdążyłam dotrzeć do restauracji przed ulewą, ale kilka zdjęć udało się zrobić.

Jeśli będziecie przejazdem, naprawdę polecam. Najlepiej byłoby bez tłumów, ale chyba nie ma ciekawych miejsc bez ludzi.

Koniec wycieczki. Kiedyś nauczę się robić piękniejsze zdjęcia, chociaż te moje są takie… moje 😉

Podobają się Wam moje podróżne opowieści? Chcielibyście poznać więcej miejsc?

2 Komentarze

  • Oczywiście, że chcę poznać więcej miejsc i czytać jeszcze więcej Twoich opowieści. Lubię zwiedzać z Tobą ciekawe zakątki. I czekam na kolejne wycieczki!!! Osiołek mnie wzruszył 🙂 Pięknie Ci pozował!

    • Kasiu, dziękuję 🙂 Pytałam, bo nie wiem, czy moje relacje są przydatne na tyle, by komuś się przydały. To nie są typowe wpisy podróżnicze, bo nie badam każdego miejsca, jego historii, nie sprawdzam cen, dojazdów itp. 😉
      Do osiołka miałam szczęście, bo podszedł bardzo blisko i grzecznie stał. Nie za bardzo mi wychodzi fotografowanie, ale staram się coś tam uchwycić po swojemu 😉
      Serdecznie pozdrawiam!

Dodaj komentarz