Druga

Przychodziła do niej wieczorami. Zazwyczaj wtedy, gdy Berenika leżała już w łóżku z książką. W dzień rzadko dawała o sobie znać. Pewnie nie chciała przeszkadzać w  normalnym życiu. Nie można jej było wyrzucić, bo mieszkała u siebie. Kładła się obok i roztaczała przed kobietą wizję cudownej przyszłości.

– Mówię ci, uwierz w siebie. Nie widzisz, że tak naprawdę wszystko ci się udaje? Żadnych porażek. Wszystko, o czym pomyślisz, każde twoje działanie to wartość. Nie wiem, skąd przyszło ci do głowy, że niczego nie potrafisz. – Powtarzała to za każdym razem. Jej głos był cichy, spokojny, ale bardzo stanowczy.

– To nie takie proste. Boję się. Nie rozumiesz? – odpowiadała Berenika. Nigdy nie potrafiła znaleźć innych argumentów.

– Nie przesadzaj. Użalasz się nad sobą. Ciągle narzekasz, a nawet palcem nie kiwniesz. Szkodzisz sama sobie.  Zasłaniasz się strachem, bo tak ci łatwiej. Myślisz, że skoro znalazłaś winowajcę, sprawa jest zamknięta? To twoje życie i możesz robić, jak chcesz, ale przypomnij sobie, co niedawno odkryłaś. W co zamienił się twój strach. W co zmienił ciebie. Dopóki będziesz się podporządkowywać, lęk będzie z tobą. Wiesz, że im dłużej go karmisz, tym bliższa utraty zmysłów jesteś. Pamiętaj, że na końcu niespełnienia czeka cię tylko śmierć. – Zawsze kończyła tym zdaniem, co wprawiało Berenikę w chwilowe odrętwienie.

Choć czasami te rozmowy ją przytłaczały, lubiła je. Obrastała dzięki nim w siłę; mimo wszystko nasycały ją wewnętrzną mocą. Czuła wtedy, że naprawdę wszystko się ułoży, że się uda. Wystarczy tylko zacząć działać. Po takiej rozmowie zasypiała o wiele szybciej. Sen był przyjemny i regenerujący. Otwierała oczy z nową nadzieją, a na niebie zawsze widziała słońce, bez względu na pogodę. Uwielbiała te momenty; poranki, które zapowiadały nowe życie, które dawały szansę na podejmowanie trafnych, zgodnych ze sobą decyzji. W takich chwilach była niezmiernie wdzięczna losowi, że ma przy sobie właśnie ją. Inaczej nie byłoby tak łatwo.

Zanim ona się pojawiła, życie pracownicy banku było pozornie całkiem znośne i poukładane. Priorytetem była praca na etacie, bo to podstawa spokojnego bytu. Żadnych marzeń, bo bez sensu; żadnych planów, bo los potrafi zaskakiwać. Praca, mąż, rodzina – to były jej podstawowe wartości. Dokładnie taka kolejność. Bez pracy nie mogła być niezależna. Bez męża byłaby sama jak palec. Bez dziecka, rodziny – nie miałaby celu. Przynajmniej tak jej wmawiano od lat. A ona w to wierzyła, więc wypełniła życiowy schemat. I do tego konkretne wykształcenie, bez którego nie zarobi się porządnych pieniędzy. Aktorstwo, o którym marzyła jeszcze w liceum, dla rodziców brzmiało co najmniej jak nauka chińskiego. Po co to komu i na co? Byli przekonani, że to nie zawód i pracy po tym nie ma. No chyba że, nie daj Boże, w jakiejś podrzędnej produkcji o wątpliwej moralnie fabule. Została więc przy rachunkowości i tak zwanej normalnej egzystencji. Tylko z biegiem lat, czuła, że to jej nie wystarcza. Chciała inaczej, więcej. Uczucie melancholii, tęsknoty za czymś nienazwanym jeszcze, pojawiało się coraz częściej. Im bardziej odsuwała je od siebie, tym mocniej pragnęła poznać jego źródło. Potem pojawił się strach.

Pamiętała bardzo dobrze napady paniki, które odbierały jej zdolność racjonalnego myślenia. Pojawiały się nagle, w najmniej spodziewanych momentach i miejscach. Jakby czekały na chwilę, gdy wszystko się w niej uspokoi. Były podstępne. Przybierały różne postaci, rozpływały się powoli w całym ciele jak trucizna, stopniowo odbierając kontrolę nad rzeczywistością. Najpierw skryły się w zawrotach głowy, lekkich zaburzeniach równowagi; potem zmieniły się w drżenie ciała, by przejść w niepohamowany dygot rąk i nóg. Później swędziało całe ciało; nie mogła się powstrzymać przed drapaniem. Aż do krwi. Ostatnio zauważyła coś jeszcze: przed wystąpieniem ataku czuła dziwne mrowienie na języku, potem szczypanie i słodkawy posmak.  

Przyzwyczaiła się z czasem do tych objawów, nauczyła się je rozpoznawać, ale uczucie splątania, przyspieszony rytm serca, duszności i zimne poty przerażały ją za każdym razem tak samo. Pierwsze minuty zawsze polegały na rozstrzyganiu, czy to kolejny atak, czy może tym razem prawdziwy zawał. Oczy co chwilę wypatrywały telefonu w zasięgu ręki, by jak najszybciej mogła wezwać pogotowie. Ileż razy myślała wtedy o różnych wariantach swojej śmierci. Możliwości było tak wiele. Tabletki, sznur, nóż, skok z wysokości. Wielokrotnie, kiedy nie mogła złapać oddechu, otwierała drzwi balkonowe, zastanawiając się, czy nie zakończyć tego raz na zawsze. Przeczucie, że kiedyś to nastąpi, wciąż błądziło w jej świadomości. Dla Bereniki życie to była otchłań. Czarna płachta narzucona na ciało, które wciąż walczyło o ostatni oddech szczęścia.

A ona? Zawsze wiedziała, co powiedzieć; jak dobry aniołek siadający na ramieniu. Dawała rady nasycone życiowymi mądrościami, które Berenika niekiedy spisywała. Była zupełnym przeciwieństwem wiecznie niezdecydowanej, zalęknionej kobiety. Zawsze pewna siebie, na wszystko miała rozwiązanie. Widziała tylko jasne strony życia i z miłością wskazywała je swojej towarzyszce. Były sobie tak bliskie, choć Berenika nie miała pojęcia, jak ją nazywać. Niekiedy miała wątpliwości, która z nich jest bardziej prawdziwa. Mieszało jej się w głowie. Nienawidziła siebie za to, że nie potrafi niczego zmienić, że boi się wszystkiego. Wtedy nie potrzebowałaby żadnych podpowiedzi, niczyich rad. Zastanawiała się coraz częściej, dlaczego ona się zjawiła. Jedna drugiej wyrzec się nie mogła, a jednak Berenika doznawała sprzecznych uczuć. Przecież gdzieś w środku ufała jej. Wiedziała, że jeśli posłucha, to wszystko będzie inaczej, lepiej.

Tylko ten nowy lęk, którego nie mogła się pozbyć, pożerał ją od środka. A co, jeśli ona tak naprawdę mnie zwodzi? Co, jeśli nie zależy jej na moim sukcesie, a chce pogrążyć mnie jeszcze bardziej? Może to nie anioł a diabeł w woalce? Te myśli nie dawały Berenice spokoju.

– Jestem głupia – mówiła do niej Berenika, kiedy tylko doświadczyła najmniejszej porażki. – Nigdy nie będę taka jak ty. Nie mogę być tobą. To ponad moje siły. Nie chcę tkwić w tej beznadziejnej pracy, nie chcę robić tych wszystkich rzeczy, w które nie wierzę, ale prawda jest taka, że zanim się pojawiłaś, było o wiele lepiej. Wyprałaś mi mózg. Zwodziłaś motywacyjnymi bzdetami, żeby mi udowodnić, że mam potencjał, że mogę myśleć i działać, jak ty. Dobrze wiesz, że to nieprawda. Nienawidzę cię! Mam dość twoich głupich rad i czułych słów. Jestem inna i nigdy nie będę tobą. Nie wiem, co ty sobie wyobrażałaś. Sądziłaś, że twoja obecność mi pomoże? Myliłaś się, kochana. Jesteś bardziej popieprzona niż ja. Marzenia, pragnienia… Też mi coś! Pierdoły i rozwojowy bełkot. Wynoś się z mojej głowy i daj mi święty spokój. Chcę pozostać sobą. Nie mam zamiaru się zmieniać według twojej wizji.

Pewnego dnia, kiedy miała już dość jej głosu, który krzyczał do niej z każdego zakamarka głowy, z najmniejszej cząsteczki ciała, poderwała się z kanapy i z imponującą szybkością chwyciła za nóż wystający z otwartej zmywarki. Zanim zwróciła ostrze w swoją stronę, podbiegł do niej mąż i zamknął w silnym uścisku, wytrącając narzędzie z jej dłoni. Ledwo stała na nogach, bezwładnie opierając się o jego silne ramiona. Kiedy podniosła wykrzywioną w grymasie rozpaczy zalaną łzami twarz, w drzwiach ujrzała swoją małą, przerażoną córeczkę. Nazajutrz, tuż po przebudzeniu, chwyciła za telefon i drżąc w środku, wybrała numer, który miał być jej przepustką do nowego życia.

– Dzień dobry. Chcę być nią – powiedziała stanowczo. – Czy mogę wrócić na terapię?

To ostatnie już opowiadanie napisane podczas kursu prowadzonego przez Warsztat Pisarza.
Obraz Enrique Meseguer z Pixabay

4 Komentarze

Dodaj komentarz