Kreteńskich wakacji część 7.

To już niestety ostatni odciek serii „Kreteńskie wakacje”.

Siódmy dzień był sądny, bo ostatni. Po śniadaniu trzeba było zacząć pakowanie, żeby nie zostawić cennych majtasów i skarpetek tysiące kilometrów od domu. W sumie to nawet nie pamiętam, czy ktokolwiek z nas nosił skarpetki w tym upale. Czy w ogóle były…

Wyczytałam, że niedaleko, w Hersonissos, znajduje się Muzeum na Wolnym Powietrzu Lychnostatis. Jeśli chce się poznać Grecję, jej historię i zwyczaje, jest to miejsce naprawdę ciekawe. Spacerowaliśmy tam jakieś dwie godziny. Wszędzie można było wejść, wszystkiego dotknąć. Najbardziej spodobało mi się wnętrze greckiego domu. W dawnej szkole wcieliłam się  w  postać  nauczycielki.  I  wcale  nie byłam w swoim żywiole. Lepiej siedziało  mi  się  w ławce.

Po Grecji nieskalanej turystami przyszedł czas na Grecję wakacyjną. Namówiłam naburmuszoną rodzinkę na wycieczkę do wioski Koutoluofari. I to był błąd. Ledwo przeciskaliśmy się wąskimi jak nitki uliczkami. Jestem do teraz pełna podziwu dla męża i jego umiejętności kierownicujących. To cud, że nikogo nie rozjechaliśmy. Udało nam się zjeść pyszne lody i zrobić kilkanaście zdjęć, ale kolejna wioseczka wypadła z planu. Oczywiście miałam focha przez kilkadziesiąt minut, choć podświadomie sama nie chciałam snuć się po tych rozgrzanych uliczkach i smażyć podeszew sandałkowych. I tak były już coraz cieńsze.

Wróciliśmy do Stalis w celu poszukiwania jadła i pitła. Wybraliśmy lokal Brothers, z którego można było wyjść wprost na plażę i zatonąć w niebieskich widokach. A po obiadku deser w Sweet Bakery. Tyle tam było pysznych słodkości, że nie wiadomo było, co wybrać. Najlepszą więc opcją wydawała się zwyczajna lodowa gałka.

A potem błogie lenistwo przy hotelowym basenie. Ze smutkiem spoglądałam na piętrzące się w oddali góry, mając świadomość, że to ostatnie spojrzenia.

Na uroczystą kolację wybraliśmy się ponownie do Kateriny. Zanim tam jednak dotarliśmy, postanowiłam oczyścić stopy z wszelkich niegodziwości, by czuć się jak grecka bogini, którą w owe całują wyznawcy. Pomogły mi w tym… pijawki z Fish Spa. Serio. Każdego dnia zatrzymywałam się tam i obserwowałam małe żyjątka wodne, które z zapałem atakowały stopy klientów. Nie miałam jednak odwagi, by dobrowolnie poddać się rzezi. Kiedy jednak masz świadomość ostatniej szansy, mózg pracuje inaczej. No namówiłam się. Z córką razem. Mąż stwierdził, że nie może, bo nie da niewinnym rybkom zdechnąć, gdy wsadzi tam nogi.

Pożegnalny spacer po Stalis zakończyliśmy (a jakże!) drinkami w Chillout. To znaczy – my drinkami, dzieci soczkami. Pod koniec biesiadowania zaskoczył nas cudowny deszcz. Spadł nagle, oczywiście z nieba. Dla nas była to niesamowita atrakcja po siedmiu upalnych dniach. Poetycko stwierdziła, że niebo zaczyna płakać z powodu naszego wyjazdu. Tak samo płakało, gdy zdążaliśmy autokarem na lotnisko. Płacząca wyspa o 4.00 nad ranem rozrywała mi serce. To był już koniec…

3 Komentarze

  • Czuję się, jakbym była tam z Tobą. Bardzo plastyczne opisy. O pedicurze „rybnym” słyszałam kiedyś i byłam zawsze ciekawa, czy to rzeczywiście działa?
    Skoro kreteńskie wakacje się skończyły, czekam teraz na relacje z wycieczek po kraju 🙂

    • Dziękuję, Kasiu za komentarz 🙂 To dla mnie ważne, bo zastanawiam się cały czas nad blogiem. Pisać, czy nie pisać. A pedicure działa naprawdę. Byłam zaskoczona i zachwycona efektem. Mam w planach opisy kolejnych wypraw, w tym pierwszą przygodę z Grecją 😉 Chyba ciągnie mnie do bycia pisarką-podróżniczką.

Dodaj komentarz