Pałac i zamek w jeden dzień, czyli Pietronki, wiatraki i Gołańcz

Miało nie być tego wpisu, bo utrata połowy tekstu była dla mnie znakiem, żeby już się za to nie zabierać. Przemyślałam jednak i stwierdziłam, że napiszę. Ale nie tak, jak chciałam wcześniej. Zrobię to bez udziwniania, bez upiększania. Po swojemu. Za bardzo myślałam o pięknych zdaniach, o formie, która rzuci na kolana. A po co rzucać? Wystarczy przeczytać i obejrzeć.

Zaczęło się zwyczajnie

Pewnego niedzielnego ranka ruszyliśmy w stronę Torunia. Pogoda nie była zbyt zachęcająca, ale chciałam w końcu zobaczyć coś poza łąkami i polami w mojej okolicy.

Zanim osiągnęliśmy cel, zdążyłam sobie zapewnić trzy atrakcje, które uwieczniłam na zdjęciach.

Pietronki

Wystarczyło jedno spojrzenie na tabliczkę informacyjną, żeby mąż na mój znak skręcił ostro w lewo. W ostatniej chwili. Obiecałam, że pstryknę tylko kilka zdjęć.

Wyszłam z auta niepewnie, bo koło pałacu kręciło się dwóch mężczyzn, ale nie chciałam stracić okazji, więc podeszłam bliżej. Miałam nadzieję, że grzeczne „dzień dobry” sprawi, że nie zaczną mnie gonić. Panowie okazali się niegroźni. Powiem nawet, że byli zadziwiająco chwiejni fizycznie jak na tę niedzielną porę. Jeden z nich pomylił mnie z panią Jolą, ale był na tyle świadomy, że zauważył pomyłkę. Ciekawiło go tylko, co robię i skąd jestem. Kiedy zaspokoił ciekawość, kilka razy powtórzył jeszcze: „Myślałem, że to pani Jola” . Starałam się nie wchodzić w zbędną dyskusję.

Pałac w Pietronkach pochodzi z XIX wieku. Powstał na miejscu dawnego dworu. Nie jest w najgorszym stanie, ale zawsze mogłoby być lepiej.

Zachwycił mnie park wokół. Żałowałam, że nie było czasu na dłuższy spacer. Wokół pachniało wiosną, a drobne kwiaty i listki dekorowały świeże, jędrne gałązki.

W centralnym miejscu stało majestatyczne drzewo. Jak wieloręki bożek chroniący budzącą się do życia roślinność.

Niektóre drzewa kłaniały się nisko na widok porannych gości, inne prężyły dumnie ramiona i pokazywały twarde muskuły…

Wiatraki

W życiu nie widziałam tylu wiatraków naraz. Co kilkadziesiąt metrów kazałam się zatrzymywać, by popatrzeć z bliska na te białe olbrzymy.

Zamek w Gołańczy

Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie przejdę (ani nie przejadę) obojętnie obok żadnego zamku, jeśli tylko znajduje się w zasięgu drogi lub oka.

Kiedy wjechaliśmy do Gołańczy, mój mąż przypomniał sobie, że gdzieś już słyszał tę nazwę. Uświadomiłam mu, że to było na pewno wtedy, gdy marudziłam o zamkach, których jeszcze nie zwiedziłam. Wiedziałam, że kilka czy kilkanaście minut nas nie zbawi. Cały dzień był przed nami, a słońce powoli wychylało się zza chmur.

Zamek, a raczej jego ruiny, pochodzi z połowy XIV wieku i był przez lata rozbudowywany. Dziś możemy podziwiać tylko obronną wieżę mieszkalną. Budowla była świadkiem tragicznej historii. W 1656 roku zamek został zdobyty przez Szwedów. Doszło do straszliwej rzezi, podczas której w brutalny sposób zginęło nawet 400 osób. Świadczy o tym odkryta w 2010 roku zbiorowa mogiła. Znaleziono w niej zbezczeszczone ciała – nagie, ze śladami dobijania.

Zamek zaintrygował mnie, gdy tylko spojrzałam na niego po raz pierwszy. Zwróćcie uwagę, że kiedy idzie się w jego stronę, wygląda, jakby krzyczał, jakby był śmiertelnie przerażony. Dwa prostokątne okna u góry to szeroko otwarte oczy, a poniżej jest otwór w kształcie półokręgu, który przypomina rozwarte w krzyku usta.

Okazuje się, że to miejsce ma swoją smutną legendę, która w nieco inny sposób przedstawia masakrę z czasów potopu szwedzkiego. Powstały nawet dwie wersje.

Jedna mówi, że kiedy dzielnie broniący zamku kasztelan uświadomił sobie, że nie ma szans, postanowił wyjść na spotkanie z najeźdźcą, licząc na jego litość wobec najsłabszych. Towarzyszyła mu piękna córka Hanka. Gdy dowódca szwedzkiego oddziału ujrzał piękną dziewczynę, zgodził się na warunki, ale podał też swój – starościanka miała zostać jego żoną. Hanka przystała na jego propozycję tylko po to, by uratować mieszkańców. Obiecała, że po ich uwolnieniu ona także opuści zamek. Szczęśliwy Szwed wydał rozkaz, by przerwać atak. Wtedy Hanka weszła na zamkowe mury znajdujące się tuż przy jeziorze i rzuciła się do wody.

W drugiej wersji Hanka, która walczyła o zamek lepiej niż niejeden rycerz, na wieść o przegranej honorowo rzuciła się do jeziora Smolary.

Każdego roku, 23 czerwca, z jeziora wyłania się postać kobiety w sukni z wodorostów, z liliowym wiankiem na głowie. Przechadza się wzdłuż zamkowych murów, a o północy znika w tafli jeziora. Potem pod łukiem bramy pojawia się czarna postać. Mówi się, że to zrozpaczony ojciec Hanki.

Otoczenie zamku jest naprawdę piękne. Miałam ochotę zrobić zdjęcie każdej roślince, każdemu kwiatkowi, ale musiałam pamiętać, że to nie był główny cel naszej wycieczki.

A wrony krakały złowieszczo…

Miało być o Toruniu. Ale o tym w kolejnym wpisie…

2 Komentarze

Dodaj komentarz