Lepkość

Małżeństwo Dawida i Ewy było szczęśliwe. Szczęśliwe w naturalny sposób. Troje dzieci, pies, domek z ogródkiem na peryferiach. Żadnych kłótni, zdrad. Żyli prosto i przykładnie. Rodzinne śniadania i kolacje, wspólne spacery w niedzielne popołudnia. Wszystko poukładane, dopięte na ostatni guzik. Raz w tygodniu małżeński seks, równie spokojny i wzorcowy.

Tak przynajmniej widział życie Dawid. Pękał z dumy, myśląc o tym, co stworzył, był bowiem przekonany, że ta rodzinna sielanka jest wyłącznie jego zasługą. To on wybrał sobie żonę, to on ustalił, ile będą mieli dzieci, to on zarabiał. Wykonywał najważniejszą pracę, a cała reszta była ozdobą jego życia. I nikt nie miał mu tego za złe, nikt nie narzekał i nie cierpiał. Dzieci rozwijały swoje talenty we wszelkich możliwych kołach zainteresowań, a żona była zawsze zadbana i uśmiechnięta.

Była jak dzbanecznik. W każdą sobotę czekała na niego otwarta na oścież Wabiła zapachem perfum i lepkością intymnych soków. Dawała mu schronienie pomiędzy udami, by wsysać go w siebie i trawić powoli. Znikał w niej i tylko to było prawdziwe. Chciała go mieć na własność, tak jak poprzednich, którzy odeszli. Żywiła się męskim zachwytem, a potem zamykała go w sobie. Osaczała ich w imię rozpaczliwego pragnienia miłości. Ledwo przytomni z niedoboru własnego powietrza uciekali od niej, by zachować resztki wolności.

Leżała na wielkim małżeńskim łożu, opierając stopy o chłodną satynową pościel. Dawid z beznamiętną delikatnością gładził jej nagi brzuch i obserwował twardniejące sutki. Zamknęła oczy w oczekiwaniu na akt. Jak widz w teatrze. Zobaczyła Adama…

Miała szesnaście lat, on dwadzieścia jeden. Pracował w firmie ojca, w której bywała codziennie po szkole. Witał się zawsze uprzejmie, a potem szedł dalej.

Kiedyś spotkali się w dyskotece. Było duszno, więc postanowiła wyjść na chwilę. Przeciskała się przez tłum, mrużąc oczy od migających świateł. Tuż przy drzwiach wyjściowych poczuła na dłoniach czyjeś wilgotne ręce. Odwróciła się. To był Adam. Wyszli razem.

Ewie przeszkadzały wścibskie spojrzenia i chichot koleżanek. Puściła jego rękę i poszła na parking. Szła w taki sposób, że zrozumiał sugestię, że ma iść za nią. Oparli się o maskę jakiegoś samochodu. To nie był jej najlepszy dzień. Rodzice znowu się pokłócili o rozwód. Chciała z kimś porozmawiać, potrzebowała kogoś bliskiego, a Adam od dawna jej się podobał. Próbowała zacząć rozmowę, ale on myślał o czymś innym. Przysunął ją nagle do siebie i pocałował. A może jej się tylko zdało? Kolejny pocałunek był bardziej realny. Przez moment kręciło jej się w głowie, serce przyspieszyło, nie wiedziała, czy ze strachu, czy z podniecenia. Spojrzała niepewnie na Adama, była przekonana, że go kocha, że mogłaby iść za nim nawet do piekła. Gdyby tylko miała pewność, że on czuje to samo.

Z początku broniła się przed jego pocałunkami. Z obawy, że ktoś ich zobaczy. A gdy zaczęła mu pozwalać – właśnie wtedy wrócili właściciele auta. Nawet jej ulżyło. Ale jednocześnie zrozumiała, że to koniec spotkania z nim – z marzeniem, które miała na wyciągnięcie ręki, a jednak nie mogła go spełnić. Nie, nie mogę go teraz stracić! – pomyślała w ferworze chwili. Przecież ci ludzie są nieważni! Nic nie jest ważne! Liczy się tylko t e n moment

Poszła z Adamem na spacer. Niedaleko stał opuszczony budynek mleczarni. Przeszli na jego tyły. Jeszcze nie zdążyła oswoić się z myślą, że jest z Adamem sam na sam, a już czuła jego usta na swoich. Zaciskała wargi i przekręcała głowę, by nie dać się ponieść gorącej fali, która ją zalewała. Im dłużej czuła na sobie jego oddech, tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że nie może teraz uciec. Miała pozwolić mu się wymknąć, żeby potem żałować czegoś, czego nie zrobiła?

Poddawała się jego pocałunkom wyjątkowo biernie, bo bała się uczynić jakikolwiek gest, który mógłby go spłoszyć lub rozbawić. Tego by nie zniosła. Nie miała pojęcia o tych sprawach. Nigdy nie była z nikim tak blisko. Nigdy nie doświadczyła takich uczuć i reakcji własnego ciała, które teraz odkrywało przed nią swoje tajemnice.

Zaczęła instynktownie muskać wargami jego twarz i szyję, choć pragnęła go dotykać, tulić i pieścić jak długo poszukiwany skarb. To rozbudziło go na dobre. Przycisnął ją gwałtownie do ściany, napierał nabrzmiały od pożądania. Całował. Oddechy przyspieszały rytmicznie, ręce drżały. Pocałunki nie przypominały już muśnięć. Były zachłanne, gwałtowne, aż dzikie.

Ewa westchnęła głęboko.

– Dobrze? – usłyszała głos męża. – Podoba ci się?

Uśmiechnęła się delikatnie. Niech robi swoje, pomyślała.

Po chwili poczuła, jak Adam kładzie ręce na jej pośladkach. Niemal bezwiednie pozwoliła mu, by rozpiął jej spodnie i podwinął bluzkę. Jego ręce były już wszędzie, a ona oddała im się bez wahania.

Nagle opamiętała się i odepchnęła go tak mocno, jak tylko mogła, ale on był jakby przylepiony do niej. Nie mogła się od niego uwolnić, więc uderzyła go z całej siły w twarz. Stanął jak wryty, spojrzał jej w oczy i najspokojniej jak potrafił, powiedział, że jest pierwszą dziewczyną, która tak go potraktowała. Spojrzała na niego prowokacyjnie i zaproponowała, żeby też ją uderzył. Była wściekła na niego, na siebie, na to, co się właśnie stało. Czekała na jego reakcję, ale on tylko podszedł do niej, przytulił i pocałował. Czuła się tak dobrze i bezpiecznie jak dziecko ramionach matki. Jakiś wewnętrzny głos podpowiadał jej jednak, że robi coś złego. Wyswobodziła się z jego objęć. Trzęsące się z emocji nogi pozwoliły oddalić się tylko na kilka kroków. Kiedy się odwróciła, Adam siedział na schodach z opuszczoną głową. Toczyła walkę pomiędzy sercem a sumieniem. Wróciła jednak i przykucnęłą obok niego, obejmując go ramieniem. Zareagował natychmiast i znów zaczęło się to samo. Nie czuła bólu od wciskających się w jej plecy krawędzi betonowych stopni. Leżała pod nim, gotowa poświęcić wszystko.

Zerwała się na równe nogi i zaczęła się ubierać. Kiedy odchodziła, usłyszała, jak mówił: Boże, co ja zrobiłem. Zrobiłem z niej szmatę. Jestem prostakiem.

Zostawiła go samego i wróciła do znajomych. Pojawił się po godzinie. Wyglądał jak opuszczony kociak. Potargany, zaspany. Starła się go nie zauważać, ale on wciąż patrzył w jej stronę. Czuła się okropnie, ale udawała, że nic się nie stało. Bawiła się w najlepsze. Flirtowała z każdym, kto okazał jej zainteresowanie.

Kiedy wsiadała do auta, podszedł do niej kumpel Adama.

– Myślisz, że to, co zrobiłaś z Adamem, nie miało dla niego żadnego znaczenia? – zapytał.

Poczuła się, jakby dał jej w twarz, ale zbyła go głupim uśmieszkiem i trzasnęła drzwiami.

Nie rozmawiała z Adamem nigdy więcej. Była przekonana, że tamtej nocy wygrała, bo nie uległa mężczyźnie, którego kochała.

Uczyniła z tego nawyk. Zachęcała mężczyzn do skutku, a gdy miała pewność, że zrobią dla niej wszystko, odrzucała ich jak strawione resztki. Myślała, że będą błagać, by przy niej zostać, ale wciąż była sama.

Ewa drgnęła lekko pod naporem ciała męża. Otworzyła oczy…

Dawid był inny. Zrównoważony i szlachetny. Nie uciekł, choć żądała coraz więcej. Było jej dobrze. To on zajmował się wszystkim, on ustalał zasady, spełniał jej zachcianki i realizował pomysły. Była przekonana, że ma go pod kontrolą, dopóki nie zorientowała się, że to on wszystko kontroluje. Zależny był od niej tylko w sypialni.

Do dziś dręczy ją myśl, czy gdyby zachowała się inaczej, teraz kochałaby się z Adamem…

Kolejne opowiadanie napisane podczas kursu pisania opowiadań prowadzonego przez https://warsztatpisarza.pl/

Poczekalnia aniołów

Czekałyśmy z matką na autobus powrotny do domu. Skorzystałyśmy z okazji, że szwagier jechał akurat do miasta i nas podwiózł. W innym wypadku musiałybyśmy tłuc się z torbami z Ustronia Morskiego, co nie było zbyt kuszące, zważywszy na aurę. Święta u siostry minęły zdecydowanie za szybko. Nie chciałam wracać, ale matka nalegała. Była przekonana, że nie poradzi sobie sama z opieką nad babcią.

Autokar miał być dopiero za godzinę. Na szczęście bilety udało się kupić nader szybko. Wizja sterczenia w długiej kolejce i wchłanianie zapachów ciał podróżnych nie napawały optymizmem. Było duszno. Rozpięłam płaszcz i sięgnęłam do torebki po butelkę z wodą. Nigdzie nie widziałam matki. Na pewno wyszła na papierosa. Nie odpuściłaby nawet podczas nawałnicy czy końca świata.

Usiadłam na twardej ławce i tępo wpatrywałam się w ludzi. Naprzeciw mnie pod okropnie żółtą tablicą z rozkładem jazdy rozsiadła się staruszka w fioletowym berecie. Jej długi rudawy płaszcz zsunął się z ławki i umościł na podłodze jak cwany lis. Kobiecina grzebała w brązowej, podniszczonej torebce. Mieliła dłonią jak w worku ze zbożem. Ostatecznie nie znalazła chyba tego, czego szukała. Zastanawiało mnie zawsze, dlaczego starowinki nie ściągają nakryć z głów, kiedy im gorąco. Może chcą zachować ciepłe myśli?

Obok niej siedziała młodziutka dziewczyna karmiąca kilkumiesięczne dzieciątko. Nie miała więcej niż siedemnaście lat. Ciekawscy raz po raz zerkali na lekko odsłoniętą pierś. Niektóre twarze wyrażały czułość, na innych malowało się oburzenie. Bez wątpienia ta dwuosobowa rodzina skupiała największą uwagę. Tuż przy nastolatce stało kilka walizek. Po co jej tyle bagaży? Co było w środku? Dokąd wybierała się sama z maleństwem? Dlaczego nie było obok niej żadnego mężczyzny? Choć nie było to moją sprawą, pytania nasuwały się samoistnie, a szukanie własnych odpowiedzi zajęło głowę na dłuższą chwilę.

Przesuwałam wzrokiem po pozostałych podróżnych. Przysypiali, kuląc się na ławkach, czytali gazety, biegali za dziećmi, przepychali się między sobą lub krążyli wokół kiosku i z udawanym zainteresowaniem oglądali wystawę kaset magnetofonowych poprzyklejanych do szyb jak magnesy do lodówki.

W pewnym momencie coś w tym przewidywalnym obrazie się zmieniło. Przy oknie dojrzałam starszego pana. Jestem pewna, że nie było go tam wcześniej. Obserwowałam każdy ruch w tej sennej poczekalni od co najmniej godziny. Musiałabym widzieć, kiedy wszedł. Niemożliwe, abym go przeoczyła.

Wyglądał na biednego. Miał na sobie niemodne spodnie z krzywo zaprasowanymi kantami, odklejone podeszwy butów i spraną zimową kurtkę. Czarna, ukłaczona wełniana czapka, która wciąż spadała mu na oczy, sprawiała, że nie wyglądał przyjaźnie. Poprawiał ją, ale ta nie chciała go słuchać. Wzrok miał wbity w posadzkę jak pal w twardą ziemię. Przyglądałam mu się przez dłuższy czas. Nie zauważyłam nawet mamy, która wcisnęła się między mnie a elegancką damę.

W tej samej chwili w piersi poczułam straszny ucisk, a łzy, które za wszelką cenę starałam się powstrzymać, cisnęły mi się do oczu. Tak bardzo zrobiło mi się go żal. Kiedy chwiejnym krokiem zaczął posuwać się w stronę kiosku stojącego pośrodku poczekalni, miałam wzmożoną ochotę podbiec do niego i zaoferować jakąkolwiek pomoc, ale nie mogłam ruszyć żadną kończyną. Świat wokół zamarł, wypełnił się moim bólem.

Gdyby sam  poprosił mnie o pieniądze, jestem pewna, że dałabym mu je bez wahania, niezależnie od tego, co by potem z nimi zrobił. Może to był jakiś beznadziejny alkoholik, który każdy grosz przepuszczał na trunki? Jednak mnie to nie obchodziło. Poczułam do niego nieokreśloną sympatię. Mimo nieprzyjemnej fizjonomii emanowało od niego dziwne ciepło, rozchodziło się po kątach.

Uczucie, które mnie przepełniło, było tak silne, że miałam ochotę krzyczeć i szlochać. W tej jednej chwili zdałam sobie sprawę z ogromu szczęścia, które było moim udziałem. Spojrzałam na siebie – zadbaną, dobrze ubraną dziewczynę. Kim był ten człowiek w porównaniu do mnie? Nikim. A jednak potrafił poruszyć moje serce do głębi. Czy to był znak?

Ludzie mijali go obojętnie, potrącali łokciami i wielkimi walizkami. Nie istniał dla nich. Nikt nie zatrzymał się nawet na chwilę, by obdarzyć choć lekkim uśmiechem tę biedną istotę. Od początku nie opuszczało mnie wrażenie, że  zesłany był tylko dla mnie. Z każdą chwilą ta świadomość rosła we mnie coraz bardziej. Anioł, pomyślałam.

Wycieńczona przez mieszające się we mnie uczucia żalu i rozpaczy, które raziły każdą komórkę, zapragnęłam, żeby zniknął. I stało się. Na chwilę przysłoniła go bryła sklepiku. Przez kilka minut wpatrywałam się w miejsce, z którego powinien się wyłonić, by dojść do drzwi wyjściowych. Bezskutecznie. Odszedł. Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Rozglądałam się nerwowo po wszystkich obecnych. Byłam na siebie zła, że pozwoliłam mu zniknąć. Kręciłam się wokół i szukałam śladu obecności mojego anioła. Tylko wspomnienie jego smutnej twarzy utwierdzało mnie w przekonaniu, że widziałam go naprawdę. Było w niej coś, czego nie spotyka się w twarzach ludzi; coś, czego się nie zapomina.

Kiedy wsiadłyśmy do autobusu i spojrzałam przez szybę, zauważyłam go znowu – był wewnątrz poczekalni, z której dopiero co wyszłyśmy. Musiał dostać się tam tylko w magiczny sposób.

– Pamiętasz tego dziwnie ubranego mężczyznę z poczekalni? – zagadałam matkę. Chciałam dowiedzieć się, co o nim sądzi.

– Nie kojarzę.

Rozkładała akurat ogromną płachtę gazety na kolanach i nie zdradzała chęci do dalszej konwersacji. Zauważyłam, że odkąd opuściłyśmy dworzec, stała się milcząca. Nie narzekała na wszystko dookoła – na to, że za zimno, za ciepło. Nawet nie wypaliła papierosa bezpośrednio przed podróżą.

– Przecież cały czas patrzyłaś w jego stronę. Musiałaś go zauważyć.

– Mężczyznę? Widziałam tylko starszą kobietę w czarnej czapce i wypłowiałym płaszczu. Pewnie jakaś bezdomna. Nie ma o czym mówić. – Matka zbyła mnie szybko i zajęła się czytaniem.

– Ludzkie anioły nie mają skrzydeł. Pojawiają się znienacka, by przynosić świadomość – powiedziałam niby do siebie. Już wiedziałam, co chcę robić w przyszłości.

Czwarte już opowiadanie napisane przeze mnie podczas kursu opowiadań Od Grabińskiego do Munro (Warsztat Pisarza) :) 

Włos do włosa

Krystyna od zawsze była płaczliwa. Ostatnio płakała niemal codziennie. Nie lubiła też sprzątać. Kurz, który pokrywał meble, dla niej był jednym z elementów wystroju. Mawiała, że to efekt jej artystycznej wizji. Krystyna nie przejmowała się szczegółami, dlatego w dywanie była wypalona dziura. Kiedyś spadł jej papieros, choć nigdy wcześniej jej się to nie zdarzyło. Zazwyczaj nie pali w salonie. Wychodzi na taras, żeby nie było smrodu. W południe robi sobie kawę w niebieskiej filiżance i siada w bujanym fotelu.  Jest drobna, więc prawie jej nie widać w wiklinowym koszu. Tylko delikatna smużka dymu unosząca się znad oparcia sugeruje jej obecność. W tym fotelu Krystyna oddaje się marzeniom o przyszłości. Nie wie, do jakiego etapu dojdzie, ale lubi sobie wyobrażać, że jest bardzo stara i uśmiecha się do synów, wnuków i prawnuków.

Ostatni z czterech synów wyprowadził się już rok temu. Mąż leży od kilkunastu lat na cmentarzu pod miastem. Teraz Krystyna mieszka sama. Od jakiegoś czasu powtarza,  że niedługo spotka się z mężem, ale dzieci patrzą na nią pobłażliwie. Wiedzą, że matka lubi tak żartować, a przecież jest pełna życia i w najbliższym czasie nigdzie nie odejdzie. A już na pewno nie na tamten świat.

W ostatnie Święto Zmarłych siedzieli wszyscy razem i wspominali ojca. Krystyna słuchała swoich chłopców i z zaangażowaniem rozczesywała szczotką swoje długie włosy. Z oczu płynęły jej łzy, które w mniemaniu synów były wyrazem tęsknoty za mężem i oznaką samotności. Ona sama nad tym się nie zastanawiała, bo skoro tak mówiły dzieci…

Kiedy wszyscy wyjechali, Krystyna rozpłakała się jeszcze bardziej. Wolnym krokiem podążyła do łazienki. Zebrała włosy ze szczotki i wrzuciła je do tekturowego pudełka z różową wstążką. Poszła spać.

Nazajutrz wstała wcześniej niż zwykle. Kiedy się ubierała, na nagą skórę spadały łzy. Przypomniała sobie wyraz twarzy lekarza, który wręczał jej wyniki badań. Za godzinę spotka się z nim znowu. Bierze do ręki szczotkę i czesze włosy. Od kilku tygodni traktuje to jak rytuał. Czesze długo, dokładnie, po czym zgarnia  włosy ze szczotki, zbiera z podłogi i zanosi do pudełka. Będą idealne, mówi do siebie w myślach.

Kolejne opowiadanie napisane podczas kursu opowiadań organizowanego przez warsztatpisarza.pl

Czajnik

Mikołaj był szczęśliwy, że nareszcie może odpocząć. W firmie przez całe osiem godzin wciąż ktoś czegoś chciał, wciąż ktoś przychodził i do niego mówił. Teraz mógł pogrążyć się w ciszy i czekać na ulubiony serial. Zapowiadał się spokojny wieczór. Mężczyzna rozsiadł się wygodnie na wysłużonej kanapie, wyciągnął przed siebie nogi i zamachał nimi kilka razy. Gumowe klapki z gracją upadły na podłogę i odsłoniły brudne pięty, które z dumą wychylały się z szarych skarpetek.

– Mikołaj! – Coś jakby wrzask kury polewanej wrzątkiem wydobyło się z kuchni.

Mikołaj automatycznie wyprostował plecy. Nim zdążył się zorientować, co się dzieje, do pokoju wkroczyła Danuta, wymachując niebieską ścierką.

– Wołam cię – wycedziła przez resztkę zaciśniętych zębów.

– Cześć, kochanie. Nie wiedziałem, że już wróciłaś. – Mikołaj zareagował uśmiechem na to niezbyt serdeczne powitanie.

– Jak to nie wiedziałeś? Przecież od kilku minut do ciebie mówię. Nigdy nie słuchasz – stwierdziła z wyrzutem.

– Nieprawda. Słyszę każde twoje słowo. – Mikołaj próbował się bronić. – Po prostu nie wiedziałem, że jesteś w domu. Miałaś dziś fryzjera i kosmetyczkę. W dodatku mówiłaś do mnie przez zamknięte drzwi.

Próbował zażartować, ale powaga na twarzy żony sugerowała, że ta nie ma zamiaru się śmiać.

– Dobra, dobra – powiedziała. – Teraz się tłumaczysz drzwiami, a ja mówię, że nigdy nie słuchasz. Dziś to nie wyjątek. Nigdy nie odpowiadasz na moje pytania. Kiwasz tylko głową albo mruczysz pod nosem. Jakbyś był zupełnie gdzie indziej.

– Nie chcę ci przerywać, kochanie. Kiedy o czymś opowiadasz, jesteś tak przejęta, że słucham z zainteresowaniem. Nie lubisz, kiedy wtrącam się do twoich opowieści.

Mikołaj raz jeszcze próbował obrócić sytuację w żart, ale już po chwili zrozumiał, że to nie ma najmniejszego sensu. Oparł się wygodniej o oparcie kanapy i postanowił poczekać, aż żona się wygada.

– Taaaaaaa, jasne! – burknęła. – Wolałabym, żebyś mi czasami przerywał, bo wtedy przynajmniej wiedziałabym, że mnie słuchasz. Już nie raz o tym rozmawialiśmy. Dobrze wiem, że jednym uchem ci wpada, a drugim wypada.

– Tak, ty wiesz lepiej, co ja myślę i słyszę! – Mikołaj ledwie zaczął gadać swoje „mądrości”, a już się irytował. – Oczywiście! Jak zawsze. – Aż dziw, że nie odpowiedział dosadniej.

– Nie dokuczaj mi. Przecież…

– To o czym chciałaś teraz porozmawiać? – zapytał, zanim żona zaczęła kolejny monolog.

– Nie przerywaj mi! Widzisz? Zawsze to samo… – Głos Danuty był płaczliwy. – W ogóle mnie nie słuchasz. Wolisz siedzieć sam i gapić się w telewizor.

Mikołaj miał wrażenie, że robi się coraz mniejszy i mniejszy, ale nie chciał się poddać. Nie tym razem. Postanowił, że nikt i nic nie wyprowadzi go dziś z równowagi. Wziął głęboki oddech i wykrzywił usta w półuśmiechu.

– No przecież chciałaś, żebym ci przerywał. Właśnie udowodniłem, że słucham.

– Ale ty nie masz mnie tylko słuchać. Masz ze mną rozmawiać. – Danuta wlepiła swoje wielkie oczy w męża. – Dyskutować. Prowadzić konwersację. Nie rozumiesz?

– Ja, dyskutować? Przed chwilą mówiłaś, że mam słuchać, bo nie słucham. No to słucham do cholery! – wypalił, i jednocześnie cały zapas pozytywnej energii uleciał z niego jak gaz z dopiero co otwartego piwa.

– Nie obrażaj mnie! I nie mów do mnie takim tonem! – zaczęła na nowo wrzeszczeć Danuta – Zero inteligencji. Najlepiej w ogóle się do mnie nie odzywaj. Nie nadajemy na tych samych falach. Za mało książek przeczytałeś, żeby mieć coś ciekawego do powiedzenia.

– Przecież miałem się odzywać, rozmawiać, konwertować! – Mikołaj miał powoli dość i podniósł głos, choć rzadko rozmawiał z kimkolwiek w ten sposób.

Danuta atakowała nadal:

– Konwersować, głupku! Nie znasz podstawowych słów, a dialogi chcesz prowadzić.

– Przejęzyczyłem się tylko. Nie musisz od razu mnie obrażać. Możesz się uspokoić?

– Nie zwracaj mi uwagi! Ja ciebie obrażam? Niby w jaki sposób? – prychała Danuta. Była w swoim żywiole.

Mikołaj nie miał zamiaru dawać jej powodów do dalszych wrzasków. Starał się trzymać resztę swoich wątłych nerwów na wodzy, więc odpowiedział najspokojniej, jak potrafił:

– Nazwałaś mnie głupkiem.

– Weź przestań. Nie chwytaj mnie za słówka. Ignorant. Nie kumasz, co się do ciebie mówi i jeszcze obrażasz się jak baba.

– Kobieto! Opanuj się w końcu. – Emocje wirowały w Mikołaju jak w diabelskim kole. Chciał przecież tylko chwili spokoju. – Chcesz porozmawiać czy nie? Pamiętasz jeszcze, w jakim celu tu przyszłaś?

– W jakim celu? To ja cel mieć muszę, żeby do męża przyjść – załkała – przytulić się, żeby posiedzieć sobie w ciszy i spokoju?

Żaden pomysł na zażegnanie tego konfliktu nie przychodził Mikołajowi do głowy. Jego milczenie i tak nie uciszyłoby małżonki, wzajemne krzyki też nie doprowadziłyby do niczego, a wyjście z domu mogło jeszcze bardziej pogorszyć sprawę. Wciąż próbował być miły.

– Kochanie, dajmy już spokój. Nie mam ochoty na kłótnie.

– Na kłótnie? A kto zaczął? Przecież to ty się cały czas burzysz… – Żona najwidoczniej nie doceniała jego starań.

– Ale to ty przyszłaś pierwsza – próbował tłumaczyć. – Myślałem, że chcesz rozmawiać.

– Nie mów mi co mam robić! Mam już dość takiego życia. Rozwiodę się z tobą, zobaczysz. Jak tylko dzieci pójdą z domu.

Mikołaj nie wytrzymał i parsknął śmiechem. To zdanie słyszał kilka razy w tygodniu. Zdążył się zorientować, że żona wykrzykiwała je zawsze wtedy, gdy brakowało jej argumentów w kłótni, kiedy już miała pewność, że nie wyprowadzi go z równowagi.

-Taaak, jasne – zaśmiał się pobłażliwie. – Mówisz tak od dwudziestu pięciu lat, a wciąż niańczysz synka i powtarzasz mu, że może tu mieszkać tak długo, jak tylko zechce. Poza tym zawsze rozwodzisz się w weekend albo w piątek po południu. Akurat wtedy, gdy adwokaci kończą pracę. Do poniedziałku jakoś ci przechodzi.

– Widzisz, jaki ty jesteś złośliwy? Tym razem to zrobię, zobaczysz. – Groźba nie brzmiała przekonująco. – Zostaniesz sam i nie będziesz miał do kogo gęby otworzyć.

– Dobrze, mam taką nadzieję. A teraz powiedz, co chciałaś. I już się nie bocz. Wiesz, że słucham.

– Nic wielkiego. – Danuta wiedziała, że dotarli do tego etapu, w którym trzeba spór zakończyć. – Czajnika nadal nie mamy. Od dwóch miesięcy wodę grzejemy w rondlu. Zrobiłbyś coś dla dobra innych, a nie tylko siedzisz w swoim świecie.

– Spokojnie – odpowiedział Mikołaj z ulgą. Kupię ci ten czajnik

– Tylko błagam, tym razem kup niebieski, pasujący do wystroju.

– Tak, tak… Przecież wiem, nie jestem matołem. Jutro pojadę do miasta i zrobię zakupy.

Następnego dnia Mikołaj przywiózł czajnik. Ładny, nowiutki, zielony…

PS. Woda na herbatę nie była gotowana ani w niebieskim, ani w zielonym czajniku ;)

Człuchów

Dziś ostatnia część relacji z wycieczki do Człuchowa i okolic.

Zamek krzyżacki

Chojnice i Charzykowy trzeba było pożegnać. Zamek w Człuchowie zostawiłam sobie na koniec, bo byłam tam już kilka razy. Gdyby czas nas zaskoczył, przeżyłabym bez wizyty we wnętrzach. Na szczęście udało się zobaczyć wszystko jednego dnia.

Zwiedzanie w maseczkach nie było zbyt komfortowe, zwłaszcza w środku, ale to nie był czas na narzekania. Mieliśmy zaledwie godzinę, więc staraliśmy się chociaż przejść przez wszystkie pomieszczenia.

Wejścia na wieżę też nie mogłam sobie odpuścić. W pewien sposób fascynuje mnie ten moment, gdy wchodzę do góry krętymi kamiennymi schodami i wyobrażam sobie, że mogę utknąć tu na zawsze. Jest ciasno i duszno, oddech gęstnieje, a bicie serca jest tak głośne, jakbym miała je w dłoni. Często podczas takich wspinaczek miewam napady paniki, ale nie daję po sobie poznać. Każde wejście na szczyt jest więc dla mnie osobistym sukcesem, pokonaniem kolejnych psychicznych barier. Wtedy uczę się siebie, swoich reakcji, nawiązuję bliższy kontakt z ciałem, porządkuję myśli.

Wiatr we włosach i panorama Człuchowa oglądana z zamkowej wieży – tyle mi wystarczy, by poczuć pełnię.

Stąpanie po kamieniach i dotykanie zimnych cegieł jest ucztą dla moich zmysłów. Wyczuwam kroki dawnych mieszkańców, czuję chłód zimnych zbroi. Schodzę do wiekowych piwnic w poszukiwaniu najlepszych trunków, zaglądam do komnat, słyszę ciche modlitwy zakonników. Ten świat żyje wtedy we mnie.

Nie pytajcie, dlaczego kocham zamki, zwłaszcza średniowieczne. Nie wiem… Nigdy nie przepadałam za historią i nadal nie interesują mnie konkretne wydarzenia, daty. Może fascynuje mnie ta głucha cisza?

Rynek

Tego dnia na rynku akurat była impreza z foodtrackami. Choć byliśmy już nieziemsko głodni, tłumy były takie, że nabawić się można było albo skrętu kiszek przez godzinne stanie w kolejce, albo koronawirusa. Żałuję, że nie było tyle przestrzeni, by zrobić więcej zdjęć.

Canpol

Musieliśmy zatrzymać się gdzieś, by nakarmić ciała. Najbliżej, i po drodze, był tylko Canpol, czyli wszystko, czego potrzeba podróżnemu. Stacja, sklep, restauracja i zoo.

Długie oczekiwanie na posiłek umiliłam sobie spacerem wśród zwierząt żywych.

I martwych…

Wsłuchiwałam się w szum drzew, a potem w szum deszczu. Zdążyłam dotrzeć do restauracji przed ulewą, ale kilka zdjęć udało się zrobić.

Jeśli będziecie przejazdem, naprawdę polecam. Najlepiej byłoby bez tłumów, ale chyba nie ma ciekawych miejsc bez ludzi.

Koniec wycieczki. Kiedyś nauczę się robić piękniejsze zdjęcia, chociaż te moje są takie… moje 😉

Podobają się Wam moje podróżne opowieści? Chcielibyście poznać więcej miejsc?

Przypowieść o pisarzu

Pewien żebrak, wzruszony gestem dobroci ze strony ubogo odzianego przechodnia, który ofiarował mu srebrny sygnet, zapytał dobroczyńcę:

– Kim jesteś?

– Jestem, bo piszę – usłyszał. – Kolekcjonuję słowa, układam na półkach zdarzeń, lepię z nich podmioty liryczne. Ze słów buduję wieże metafor, usypuję kopce epitetów.

– Dlaczego ofiarowałeś mi ten przedmiot? Musiał być dla ciebie cenny. Sam nie wyglądasz na zamożnego. Być może należał do kogoś, kogo kochasz… – dopytywał żebrak.

– Największa miłość pisarza to wolność. Wolność tworzenia i bywania w najdziwniejszych światach. Wolność podróżowania w czasie i przestrzeni. Bez biletów, paszportów i ograniczeń. Stwarzanie siebie i innych wielokrotnie, na nowo. Wyrażanie, wydobywanie z najciemniejszych szaf umysłu. To wszystko, co mam. A jeśli mam aż tyle, to mogę oddać wszystko. – Zdawało się, że odpowiedź mężczyzny nie ma sensu.

– Już rozumiem – odrzekł jednak biedak. – Tylko jeśli znajdę coś, co kocham, będę mógł dzielić się wszystkim.

Miniatura literacka napisana podczas zabawy pisarskiej w grupie Niebieskie pingwiny. 

Żelazna dziedziczka

Pamiętam te chwile doskonale. Ostatni dzwonek wypluwał z kiszkowatego budynku rozwrzeszczaną dzieciarnię, wymachującą w górze połyskującymi arkuszami świadectw jak chorągwiami. Dumne, czerwone orły sfruwały z godnością z pieczęci i wzbijały się w niebo, obwieszczając koniec harówki i porannego wstawania.

Gdy tylko wbiegałam do domu, pod oknem prężyła się już zuchwale wzorzysta torba wypchana niezbędnymi ubraniami i przedmiotami, które przez dwa miesiące miały stanowić mój cały dobytek.

Wakacje u dziadków zawsze były przygodą. Nieokiełznane ramą czasu, pozbawione nakazów, mijały w poczuciu beztroskiej wolności. Stanowiły przepustkę do innego świata – oddalonego o setki zawiłych kilometrów od surowych spojrzeń pomalowanej smutkiem matki i uniesionych brwi ojca, który uśmiechał się tylko przez sen.

Dni, wypełnione po brzegi zabawą, pęczniały od nadmiaru pomysłów, rozciągały się jak guma, by tuż przed zaśnięciem kurczyć się w małym sercu. Ich nadmiar olbrzymiał w młodzieńczych snach o potędze.  

Ranek zaczynał się tam gdzie zapach śniadania. Wkradał się przez nos, wybudzał ze snu wyobraźnię, a potem delikatnie dmuchał w rzęsy drgające jak nić pajęcza, trącona przez nieuważnego grzybiarza. Łagodny głos babci wypełniał pokój ciepłem. Słońce bez skrupułów rozcinało ciężkie, buraczane zasłony, które uporczywie toczyły walkę ze światłem. Wyplątywałam się z płowożółtej pościeli i biegłam w tę jasność, co skrzyła się u progów otwartych okien jak obietnica.

Kiedy brzuchy napełnione były obiadem, a złociste promienie powoli zjeżdżały w dół po omszałym eternicie, dziadek ubierał w sieni swoją wytartą, szarą jak popiół marynarkę. Podwijał niedbale rękawy i wsuwał na nogi ciężkie, czarne trepy. To był dla mnie sygnał, że nadszedł już czas odwiedzin u starszej pani.

Szliśmy piaszczystą drogą, wzbijając w niebo mięsisty kurz. Pola kłaniały się złotym kłosem, zarumienione maki zwieszały głowy, a błękitne chabry sztywniały na skrajach rowów. Żar, spadając, wysuszał ciemne komory nosów i otwartych ust. Wycieńczeni, jak wędrowcy przemierzający szerokie stepy, docieraliśmy w końcu do celu.

Bywaliśmy tam codziennie. Dziadzio opiekował się obejściem starego  majątku, który należał do ostatniej z rodu.

Dwór zatapiał się w dzikich zaroślach, oddzielały go od świata wiekowy mur ceglany i krępe, gargantuiczne dęby o wyciągniętych śmiało, masywnych ramionach. Garbate, nieme, lecz pełne królewskiego dostojeństwa drzewa stały u brzegów alejki prowadzącej do pałacyku – strażnicy upadłej historii, towarzysze nieujarzmionych krzewów i dogorywających drzew owocowych. Wszystko wokół pogrążone było w zgrzybiałej martwocie; pozbawione kolorów i słonecznego migotu wszechobecnego o tej porze roku, zasysało w siebie szarość pni i nikłą zieloność liści. Trawy, jak słomianki, wyciągały w górę zasuszone ostrza, a zdrewniałe kolce połamanych róż zwisały smętnie z szarobrązowych łodyg, ostatkiem sił próbując udawać dawną świetność.

Betoniasty dworek opleciony był wokół jakimś listowiem, wijącym się jak przebiegłe węże, które za wszelką cenę starały się dostać się do ośrodka, czując wewnątrz ciepło ofiary. Budynek rozpadał się na połowy, rozkraczał się u dołu i rozszerzał ku górze, ukazując czarne szczeliny pomiędzy rudawymi zębami cegieł. Od szczytu odpadały płaty brudnego tynku, tworząc wielokształtne wzory, wypustki i wgłębienia.

Dziedziczka mieszkała sama pośród tej brzydoty.

Nie pamiętam dokładnie jej twarzy. Znika wciąż ze mnie, jak mętna para z okna, ilekroć próbuję  ją sobie przypomnieć. Nie wiem, czy była miła, czy ponura jak miejsce, w którym żyła.

Nazywano ją Żelazna. Nigdy nie dowiedziałam się, czy było to nazwisko, czy też może przydomek. A może nazwa rodowa? Moja ciekawość nie sięgała tak daleko. Wystarczyło samo słowo, by wyobrazić sobie chudą, wysoką i surową damę, z wzniosłością spoglądającą na maluczkich gości.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, siedziała na powleczonej rdzą ławeczce, która ledwo trzymała się rozpadającego ganku. Moje dotychczasowe wyobrażenia rozsypały się nagle jak ulubione groszki czekoladowe. Jeszcze nigdy tak bardzo nie rozczarowała mnie własna fantazja. Pani wyglądała niczym przetrącony posąg. Przechylona w jedną stronę kiwała dziwacznie głową, skręcając ją to w prawo, to w lewo i przyglądała mi się bezwstydnie. Dreszcz przestrachu owinął mnie całą i ścisnął gardło. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego powitania, żadnego pisku ni jęku. Stałam jak sparaliżowana i z bólem przełykałam ostatnie krople gęstej śliny. Bałam się, a jednocześnie poczułam ujmujący smutek na widok tej szarej kobieciny skulonej w sobie i pomiętej jak kulka gazety.

Im częściej ją odwiedzałam, tym bardziej mnie intrygowała. Podglądałam ją z daleka, gdy przechadzała się po meandrach parkowych ścieżek albo przysypiała w altance na tyłach budynku. Wrodzona ciekawość podpowiadała mi, że mogę zobaczyć więcej.

Czasami nie widywałam jej przez kilka dni. Zniknąwszy nagle z tej nieokiełznanej przestrzeni, wprowadziła do niej wymowny spokój przeplatany nieoczekiwanymi, głuchymi dźwiękami wyskakującymi nagle z otwartej paszczy drzwi frontowych. To był krzyk emaliowanego garnka, upadającego boleśnie na twarde podłoże. Potem słychać było delikatne chrobotanie i rozpaczliwy lament metalu obdzieranego zapewne z resztek przypalonego pokarmu, który zapragnął zachować tylko dla siebie. I nagle znowu na dłuższą chwilę zalegała cisza, dopóki przeciągłe szuranie kapci nie oznajmiło, że wewnątrz tkwi życie.

Poruszała się wolno, ale zauważyłam, że kiedy była w domu, przemykała pomiędzy pokojami jak zwinna jaszczurka. Moje bystre, młode oko z łatwością dostrzegało cienie przeskakujące pomiędzy oknami.

Niekiedy czuwała pod spróchniałym dębem, kolebiąc się na poobgryzanym wiklinowym krześle. Raz po raz wyrzucała w górę cienką nogę; nie wiem, czy to były skurcze, czy też wspominała dawne dworskie bale. Stwarzała pozory niedowidzącej i głuchej babinki, ale wrażliwość na każdy szelest i wodzenie wzrokiem za zwinną wiewiórką zdradzały, że słyszy i widzi więcej niż mogło się wydawać. Tak mała i bezbronna w asyście wielkiego drzewa, wzbudzała nawet sympatię.

Nie miała nikogo. Nikt jej nie odwiedzał. Nie mówiła wiele, najczęściej rozmawiała z dziadkiem. Mnie nazywała Laleczką ze względu na oczy błękitne jak u sklepowych lalek. Zapraszała do domu tylko wtedy, gdy pojawiał się złocisty miód i świeże, ciepłe kozie mleko.   

Najpierw obserwowała mnie uważnie, gdy w głowie układałam wersy i kluczyłam między kozami wypasanymi przez dziadka. Tak zapatrzona wyglądała, jakby spłynęła ze starego portretu i wylała się wprost na betonową posadzkę. Kiedy byłam już blisko, unosiła się lekko, by poprawić pled i dociskała do powiek druciane okulary. Zdawało mi się, że wcale nie było w nich szkiełek. Jej oczy były zbyt wyraźne, choć tkwiły głęboko w poduszkach zmarszczek.

Potem unosiła skurczoną dłoń i, ledwo zauważalnym gestem, przywoływała do siebie. Podchodziłam do niej niepewnie. Jej wąskie jak źdźbło trawy usta układały się w idealnie prostą kreskę, którą podświadomie przyjmowałam jako uśmiech. Drobne, pochylone ciało skrywało się w plątaninie kilku warstw osobliwych tkanin. Jakby wszystkie te smętne ubiory narzucała na siebie w obawie przed grabieżą.

A później szłam za starszą panią  mrocznym korytarzem, prowadzącym do kuchni. Wewnątrz panował zaduch piwnicznej wilgoci, zbutwiałych liści i świeżej ziemi. Głuchą ciszę przerywało echo moich butów stukających o posadzkę – rozlewało się po ścianach i suficie, unosiło w powietrzu jak zapach. Rozgrzane ciało nieoczekiwanie stawało się zimne i sztywne. Na czubku języka osiadł lęk; szczypał lekko, podrażniając wargi. Mogłam uciec, ale wiedziałam, że nic złego mi się nie stanie, że za chwilę dostanę kubek koziego mleka i kromkę chleba z miodem.

Wchodziłyśmy do jasnej kuchni dziko kontrastującej z ciemnością dawnego gabinetu widocznego przez odemknięte drzwi. Na skrzypiących jak stare koła drewnianego wozu półkach zalegały ciężkie foliały, obsypane pyłem przeszłości, który przy każdym najmniejszym podmuchu wiatru, wskakującego znienacka przez nieszczelne okna, unosił się, jakby chciał zwrócić uwagę na swoje skarby ukrywane pod szarą woalką.

Bursztynowa słodycz niczym żywica spływała z puszystej skiby, oblepiając rozkosznie palce. Ciepłe, słonawo-słodkie mleko przyklejało się do błyszczących od miodu ust. Upojona smakiem na krótką chwilę zapominałam, gdzie jestem.

Pani Żelazna zostawiała mnie czasami samą przy posiłku. Wsuwała się do gabinetu, by po chwili pojawić się w drzwiach, przez które wchodziłyśmy. Niekiedy echo starczych ruchów szeleściło gdzieś z prawej strony, by z nagła wybić się mocniej na przeciwległym krańcu holu. Tuż nade mną wibrowały czyjeś kroki, choć równocześnie uszy moje wyłapywały skrzypienie zaraz za ścianą bezwzględnie stojącą za moimi plecami. Za każdym razem słyszałam też płaczliwy śpiew starej pozytywki.

Kiedyś wstąpiłam w tę osobliwą ciemnicę.

Nie mogłam doczekać się powrotu dziedziczki, więc postanowiłam wrócić do dziadka. Mroczność, płoszona lekkim światłem wypełzającym z kuchni, tężała powoli, obłapiając stopniowo głowę, ramiona i stopy. Nie widziałam wyjścia, choć powinno być niedaleko. Skierowałam kroki w miejsce, z którego przybyłyśmy i stanęłam przed grubą kotarą z trudem dźwigającą ogromne złote kwiaty powiązane zgnitą zielenią kłębowiska pnączy. Rozsunęłam ją i znalazłam się w maleńkim pokoiku. Kilkanaście starych, powykrzywianych krzeseł tłoczyło się w nim niczym banda rzezimieszków porysowanych bliznami. Przecisnąwszy się pomiędzy oprychami, dotarłam do wąskich drzwiczek. Nacisnęłam lodowatą klamkę i z narastającą trwogą wtargnęłam do wielkiej sypialni.

Kluczyłam tak po tym labiryncie pomieszczeń, których wciąż przybywało. Jeden pokój przechodził w drugi, sypialnie dwoiły się i troiły. Raz miałam wrażenie, że rozpoznaję kształty izb, w których już byłam, by później poddawać owe wyobrażenia w wątpliwość graniczącą z obłędem.

Kiedy panika zastąpiła niepewność, poczęłam wrzeszczeć przeraźliwie jak ptak zamknięty w potrzasku. Wtedy kościste ręce staruszki zstąpiły na mnie niby obręcz. Utulona obecnością, nie zwróciłam wcale uwagi na pogłos drobnych stąpnięć, które bez wątpienia nie należały do żadnej z nas. Teraz wiem na pewno, że ktoś tam był.

A może to wyobraźnia płatała figle?

To ten dom. Zostawił mnie z poszarpaną wstążką wspomnień i nieodgadnioną tajemnicą. U dziadków było jasno i przyjemnie. Tam – ciemno i chłodno. Do tego miejsca pasowała tylko ona. Dziedziczka.

Chojnice i Charzykowy

Ciąg dalszy snucia się po Chojnicach i okolicach.

Zanim opuściliśmy na dobre rejony chojnickiego rynku, musiałam koniecznie wejść do dwóch usytuowanych obok siebie kościołów.

Słońce przygrzewa coraz mocniej, więc schronienie się pośród średniowiecznych zimnych murów daje ukojenie nie tylko duchowe. Gotycka Bazylika Ścięcia św. Jana Chrzciciela pochodzi z XIV wieku i pamięta wielokrotne pożary. Wnętrze nie prezentuje się tak okazale, jak sugeruje widok fary z zewnątrz. Wystarcza mi zaledwie 15 minut, by obejść świątynię, ale nie wielkość, lecz wrażenia są najważniejsze.

Zupełnie nie mogę pojąć mojej fascynacji średniowiecznymi murami mimo braku zainteresowań historycznych czy architektonicznych. Przebywanie w pobliżu budowli powstałych z kamienia lub czerwonej cegły koi, pobudzając jednocześnie wyobraźnię.

Tuż obok fary znajduje się barokowy pojezuicki Kościół Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny zwany też kościołem gimnazjalnym.

Wnętrze, jak na barok przystało, jest jasne i bogate. Potrafię docenić ten przepych, choć moje oko takimi widokami cieszy się tylko przez chwilę, a serce nie bije tak samo jak podczas oglądania surowych, gotyckich wnętrz.

Zostawiam za sobą historię i wychodzę w nowoczesne miasto tętniące życiem.

Idę na spotkanie z naturą do Parku Tysiąclecia.

Miejsce, które w 2014 roku zyskało tytuł najpiękniejszego parku w Polsce, rzeczywiście robi wrażenie. Tuż przy wejściu wita nas Kopernik. Przez cały park ciągną się alejki spacerowe o długości ponad 5 km. Trzy zbiorniki wodne połączone mostkami oblegane są przez kaczki, które bez obaw można karmić specjałami zakupionymi w kaczkomacie.

Każdy tutaj znajdzie miejsce dla siebie; może przysiądzie na ławeczce, pozwoli dzieciom szaleć na jednym z placów zabaw, albo poćwiczy na siłowni pod chmurką lub będzie śmigał po skateparku. Bardzo ciekawym pomysłem są alejki tematyczne. Nie wiem, ile ich jest, ale udaje mi się przejść aleją Sztuki i aleją Historyczną.

Idąc za tłumem, trafiam na zlot pojazdów zabytkowych. Największe zainteresowanie wzbudzają we mnie oczywiście wszelkie maszyny w kolorze niebieskim 😉

Głód zaczyna dokuczać, więc sprawdzam aktualną godzinę na zegarze słonecznym i zmierzam w stronę pszczół z zapytaniem, czy mają dla mnie słodki deser?

Promienie słońca coraz intensywniej drapią w twarz, wdzierają się pod bluzkę. Słodycz miodu tu nie wystarczy. Wody mi trzeba. A gdzież więcej znajdę niźli w jeziorze?

Charzykowy znajdują się przysłowiowy rzut beretem od Chojnic. Wspaniała przystań wypełniona po brzegi pachnie przygodą. Pomiędzy bujającymi się na wodzie żaglówkami bez przestrachu przepływają kaczki i łabędzie. To, co żywe i to, co stworzone przez człowieka, tutaj jednoczy się z taflą wody.

Jest spokojnie, brak rozkrzyczanych turystów. Na rozjaśniony słońcem błękit nieba napierają ciemne chmury. Od strony wody ciągnie przejmujący chłód, wiatr delikatnie bawi się włosami, a ja chwytam tę chwilę i zamykam w pocałunku.

Jeszcze spacer wzdłuż plaży, przejście wokół amfiteatru i powrót do auta cichą uliczką, która uśpiona zapewne czeka na kolejny sezon.

CDN…

Chojnice

Kolejna niedziela. Tym razem decyzja o wyjeździe pojawiła się wcześniej. Miałam czas, by przygotować plan. Po kawie wypitej w rodzinnym gronie jak najszybciej chciałam zobaczyć coś nowego. Kilkakrotnie odwiedzany już człuchowski zamek zostawiłam na koniec, aby ujrzeć najpierw miejsca, w których jeszcze nie byłam.

Obiecałam sobie, że przyłożę się do zdjęć i postaram się uwieczniać wszystko, co zaskoczy moje oko. Pierwszą okazję miałam już zanim wyjechaliśmy z miasta. Moją uwagę zwróciło oryginalne ogrodzenie.

Chojnice

W Chojnicach zjawiliśmy się przed południem. Kamienice, które mijaliśmy, zmierzając w stronę rynku, były cudownym wstępem do tego, co było dalej.

Gdy oczom moim ukazał się ceglasty budynek, wiedziałam, że będę tu dłużej, niż przypuszczałam. Neogotycki ratusz to prawdziwe serce chojnickiego rynku. Wybudowany na początku XX wieku zachwycił mnie nie tylko ciekawymi płaskorzeźbami, ale równie cudownie rzeźbionymi drzwiami, do których mam słabość. Półnagie kobiety z brązu bez skrępowania kąpały się w fontannie, dzieląc się orzeźwiającymi kroplami.

Wrześniowe południe, muskające twarz letnimi promieniami, ale pachnące już jesienią, zachęcało do spaceru. Kolorowe kamienice otulały rynek, spoglądając z góry na przechodniów. Boczne uliczki intrygowały stoiskami pełnymi staroci.

W Bramie Człuchowskiej panował ruch. Tajemne przejście pomiędzy średniowieczną historią a współczesnością. Po drugiej stronie ciąg dalszy kolekcji staroci porozkładanych na ziemi. Mieszanina potu, nieświeżych ubrań i oddechów. Cygańskie dzieci obejmowały gestykulujące matki. Łamana polszczyzna z ukraińskim akcentem. Intrygująca różnorodność i niezwykłość, której doglądał skrzydlaty stróż

Niestety muzeum było nieczynne. Czmychnęłam więc w wąziutką uliczkę, by poczuć bliskość dawnych opowieści i odpocząć pod starym murem jak strudzony wędrowiec. Podeszłam do każdej baszty, by sprawdzić, czy nie ukryto w żadnej z nich księżniczki.

Bramy, drzwi i okna zamknięte.

Idę dalej. Otwieram serce…

CDN 😉

Wrzosowe Wydmy

Ostatnia niedziela sierpnia łaskocze mnie chłodem w stopę. Otwieram jedno oko i jeszcze na wpół zamglona źrenica dostrzega uchylone drzwi balkonowe. Doceniam jednak ten gest ze strony poranka, bo wybudza mnie na dobre. Zimna skóra chce się skryć pod kołdrą, ale jasność, która wdarła się do pokoju, tańczy już na pościeli, głaszcze meble i ściany. Czas wyprostować zastygnięte kości, wyjść naprzeciw słońcu, które za wszelką cenę próbuje przebić się przez chmury. Przeciągam się delikatnie, by nie zbudzić męża. Ostrożnie zsuwam z siebie pościel i z gracją siadam na łóżku. Czuję na stopach zimny powiew, więc sięgam po ciepłe skarpety, zwisające z oparcia fotela. Teraz mogę stanąć na chłodnej podłodze.

Reszta mieszkania jest mroczna, osaczona ciężkimi roletami. Zapraszam do salonu jasność i postanawiam, że to będzie piękny dzień. Myślę o słońcu i ciepłym morskim piasku. Jak dobrze byłoby zanurzyć stopy w tej sypkiej, niepoliczalnej materii. Wrzosowe Wydmy wydają się najlepszym pomysłem. Piasek i wrzosy – lato i jesień. Super! Jadę, bo niedaleko. Mąż się lituje, widząc moją minę, oznaczającą: Sama dam sobie radę!  Jedziemy razem…

Wydmy znajdują się na terenie Puszczy Noteckiej. My dojechaliśmy od strony Gogolic. Sama droga do celu, prowadząca pod koniec przez las, budziła zachwyt – wokół pagórki porośnięte wysokimi drzewami, gdzieniegdzie wrzosowe place.

Na miejscu okazało się, że nie będziemy sami. Kilka aut, ludzie robiący zdjęcia. Cóż, naturą trzeba się dzielić. Widok rekompensował brak intymności.

Postanowiłam iść najpierw w przeciwną stronę, do lasu. Szeroka, piaszczysta ścieżka poryta była śladami opon; zapewne przez kłady lub krossy. Gdy tylko stanęłam na granicy wejścia do tej drzewiastej przestrzeni, poczułam niesamowicie świeży, czysty zapach grzybów, który po brzegi wypełniał płuca. Oddech życia, pomyślałam.

Kiedy ludzi było mniej, przeszliśmy na drugą stronę, by przemierzyć złoty pas pomiędzy kwitnącymi wrzosami. Złote ziarenka połyskiwały w słońcu, zapraszając do dotknięcia bosą stopą. Szłam plażą, a wokół kołysało się fioletowe morze.  

Widok z góry zachwycał jeszcze bardziej. Nieskazitelna cisza otulała cienką woalką spokoju. Tak bałam się ją zerwać. Oddać się piaszczystej przestrzeni i czekać na opowieści z wrzosowisk – to było jedyne marzenie.

W dół schodziliśmy pomiędzy drzewami. Letnie sandały grzęzły w miękkim, soczyście zielonym mchu, drobne gałązki pstrykały jak ogniste iskierki, a strzeliste pnie szeptały czule, rozbudzając wyobraźnię.

Na drodze otoczył nas wianuszek owadów. Drobne muszki wyglądały na tle nieba jak czarne kropki malowane główką szpilki. Im bardziej człowiek zatapiał się we wrzosach, tym głośniej słychać było brzęczenie wszelkich drobnych istot z zapałem latających pomiędzy fioletowymi kępkami.

Słońce już dawno zaszło, a niebo przybrudziło się szarością. Poczuliśmy pierwsze krople deszczu, ale dopóki nie grzmiało, żal było uciekać z tego raju.

Jeszcze jedno wejście w las, pod piaszczystą górkę, by zaliczyć niedzielny trening. Wyprostowane drzewa budziły respekt.

Deszcz zacinał coraz mocniej, a spocone ramiona zaczęły marznąć. Postanowiliśmy wracać inną drogą, by jeszcze lepiej poznać okolice. I to był doskonały plan, bo zaledwie kilometr dalej, pośród gęstych, młodych drzewek dojrzałam duży, ciemny kształt. Nakazałam mężowi zatrzymać się. Obserwowaliśmy w skupieniu majaczące pomiędzy pniami stworzenie. Wbrew naszym przekonaniom, zwierzę nie spłoszyło się, ale ostrożnie zaczęło zdążać w stronę drogi. Podjeżdżaliśmy metr po metrze, by nie przeszkodzić leśnemu wędrowcy. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko żadnego dzikiego zwierzęcia.

Łoś to był super gość. Nie biegł, gdy przecinał drogę, ale spokojnie szedł, bacznie nas obserwując. Przez chwilę patrzyłam mu w ślepia i byłam niemal pewna, że ruszy wprost na nas…

Nie czując jednak zagrożenia, spokojnie wszedł w las, by po chwili zniknąć w gęstwinie drobnych drzewek i krzewów. Czułam się niemal jak egzotyczna podróżniczka.

Podświadomie liczyłam na kolejne atrakcje, ale rozpadało się na dobre. Zdążyliśmy tylko na minutkę zatrzymać się przy jeziorze Kłuchowiec (Głuchowiec). Narastający chłód sprawił, że nawet nie protestowałam.

Wracaliśmy od strony Chojna i żałowałam, że pogoda nie pozwoliła nam nacieszyć się kolejnymi widokami. Odpoczynek nad jeziorem musi poczekać. A wrzosy? Może we wrześniu będą piękniejsze…