Żelazna dziedziczka

Pamiętam te chwile doskonale. Ostatni dzwonek wypluwał z kiszkowatego budynku rozwrzeszczaną dzieciarnię, wymachującą w górze połyskującymi arkuszami świadectw jak chorągwiami. Dumne, czerwone orły sfruwały z godnością z pieczęci i wzbijały się w niebo, obwieszczając koniec harówki i porannego wstawania.

Gdy tylko wbiegałam do domu, pod oknem prężyła się już zuchwale wzorzysta torba wypchana niezbędnymi ubraniami i przedmiotami, które przez dwa miesiące miały stanowić mój cały dobytek.

Wakacje u dziadków zawsze były przygodą. Nieokiełznane ramą czasu, pozbawione nakazów, mijały w poczuciu beztroskiej wolności. Stanowiły przepustkę do innego świata – oddalonego o setki zawiłych kilometrów od surowych spojrzeń pomalowanej smutkiem matki i uniesionych brwi ojca, który uśmiechał się tylko przez sen.

Dni, wypełnione po brzegi zabawą, pęczniały od nadmiaru pomysłów, rozciągały się jak guma, by tuż przed zaśnięciem kurczyć się w małym sercu. Ich nadmiar olbrzymiał w młodzieńczych snach o potędze.  

Ranek zaczynał się tam gdzie zapach śniadania. Wkradał się przez nos, wybudzał ze snu wyobraźnię, a potem delikatnie dmuchał w rzęsy drgające jak nić pajęcza, trącona przez nieuważnego grzybiarza. Łagodny głos babci wypełniał pokój ciepłem. Słońce bez skrupułów rozcinało ciężkie, buraczane zasłony, które uporczywie toczyły walkę ze światłem. Wyplątywałam się z płowożółtej pościeli i biegłam w tę jasność, co skrzyła się u progów otwartych okien jak obietnica.

Kiedy brzuchy napełnione były obiadem, a złociste promienie powoli zjeżdżały w dół po omszałym eternicie, dziadek ubierał w sieni swoją wytartą, szarą jak popiół marynarkę. Podwijał niedbale rękawy i wsuwał na nogi ciężkie, czarne trepy. To był dla mnie sygnał, że nadszedł już czas odwiedzin u starszej pani.

Szliśmy piaszczystą drogą, wzbijając w niebo mięsisty kurz. Pola kłaniały się złotym kłosem, zarumienione maki zwieszały głowy, a błękitne chabry sztywniały na skrajach rowów. Żar, spadając, wysuszał ciemne komory nosów i otwartych ust. Wycieńczeni, jak wędrowcy przemierzający szerokie stepy, docieraliśmy w końcu do celu.

Bywaliśmy tam codziennie. Dziadzio opiekował się obejściem starego  majątku, który należał do ostatniej z rodu.

Dwór zatapiał się w dzikich zaroślach, oddzielały go od świata wiekowy mur ceglany i krępe, gargantuiczne dęby o wyciągniętych śmiało, masywnych ramionach. Garbate, nieme, lecz pełne królewskiego dostojeństwa drzewa stały u brzegów alejki prowadzącej do pałacyku – strażnicy upadłej historii, towarzysze nieujarzmionych krzewów i dogorywających drzew owocowych. Wszystko wokół pogrążone było w zgrzybiałej martwocie; pozbawione kolorów i słonecznego migotu wszechobecnego o tej porze roku, zasysało w siebie szarość pni i nikłą zieloność liści. Trawy, jak słomianki, wyciągały w górę zasuszone ostrza, a zdrewniałe kolce połamanych róż zwisały smętnie z szarobrązowych łodyg, ostatkiem sił próbując udawać dawną świetność.

Betoniasty dworek opleciony był wokół jakimś listowiem, wijącym się jak przebiegłe węże, które za wszelką cenę starały się dostać się do ośrodka, czując wewnątrz ciepło ofiary. Budynek rozpadał się na połowy, rozkraczał się u dołu i rozszerzał ku górze, ukazując czarne szczeliny pomiędzy rudawymi zębami cegieł. Od szczytu odpadały płaty brudnego tynku, tworząc wielokształtne wzory, wypustki i wgłębienia.

Dziedziczka mieszkała sama pośród tej brzydoty.

Nie pamiętam dokładnie jej twarzy. Znika wciąż ze mnie, jak mętna para z okna, ilekroć próbuję  ją sobie przypomnieć. Nie wiem, czy była miła, czy ponura jak miejsce, w którym żyła.

Nazywano ją Żelazna. Nigdy nie dowiedziałam się, czy było to nazwisko, czy też może przydomek. A może nazwa rodowa? Moja ciekawość nie sięgała tak daleko. Wystarczyło samo słowo, by wyobrazić sobie chudą, wysoką i surową damę, z wzniosłością spoglądającą na maluczkich gości.

Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, siedziała na powleczonej rdzą ławeczce, która ledwo trzymała się rozpadającego ganku. Moje dotychczasowe wyobrażenia rozsypały się nagle jak ulubione groszki czekoladowe. Jeszcze nigdy tak bardzo nie rozczarowała mnie własna fantazja. Pani wyglądała niczym przetrącony posąg. Przechylona w jedną stronę kiwała dziwacznie głową, skręcając ją to w prawo, to w lewo i przyglądała mi się bezwstydnie. Dreszcz przestrachu owinął mnie całą i ścisnął gardło. Nie mogłam wydobyć z siebie żadnego powitania, żadnego pisku ni jęku. Stałam jak sparaliżowana i z bólem przełykałam ostatnie krople gęstej śliny. Bałam się, a jednocześnie poczułam ujmujący smutek na widok tej szarej kobieciny skulonej w sobie i pomiętej jak kulka gazety.

Im częściej ją odwiedzałam, tym bardziej mnie intrygowała. Podglądałam ją z daleka, gdy przechadzała się po meandrach parkowych ścieżek albo przysypiała w altance na tyłach budynku. Wrodzona ciekawość podpowiadała mi, że mogę zobaczyć więcej.

Czasami nie widywałam jej przez kilka dni. Zniknąwszy nagle z tej nieokiełznanej przestrzeni, wprowadziła do niej wymowny spokój przeplatany nieoczekiwanymi, głuchymi dźwiękami wyskakującymi nagle z otwartej paszczy drzwi frontowych. To był krzyk emaliowanego garnka, upadającego boleśnie na twarde podłoże. Potem słychać było delikatne chrobotanie i rozpaczliwy lament metalu obdzieranego zapewne z resztek przypalonego pokarmu, który zapragnął zachować tylko dla siebie. I nagle znowu na dłuższą chwilę zalegała cisza, dopóki przeciągłe szuranie kapci nie oznajmiło, że wewnątrz tkwi życie.

Poruszała się wolno, ale zauważyłam, że kiedy była w domu, przemykała pomiędzy pokojami jak zwinna jaszczurka. Moje bystre, młode oko z łatwością dostrzegało cienie przeskakujące pomiędzy oknami.

Niekiedy czuwała pod spróchniałym dębem, kolebiąc się na poobgryzanym wiklinowym krześle. Raz po raz wyrzucała w górę cienką nogę; nie wiem, czy to były skurcze, czy też wspominała dawne dworskie bale. Stwarzała pozory niedowidzącej i głuchej babinki, ale wrażliwość na każdy szelest i wodzenie wzrokiem za zwinną wiewiórką zdradzały, że słyszy i widzi więcej niż mogło się wydawać. Tak mała i bezbronna w asyście wielkiego drzewa, wzbudzała nawet sympatię.

Nie miała nikogo. Nikt jej nie odwiedzał. Nie mówiła wiele, najczęściej rozmawiała z dziadkiem. Mnie nazywała Laleczką ze względu na oczy błękitne jak u sklepowych lalek. Zapraszała do domu tylko wtedy, gdy pojawiał się złocisty miód i świeże, ciepłe kozie mleko.   

Najpierw obserwowała mnie uważnie, gdy w głowie układałam wersy i kluczyłam między kozami wypasanymi przez dziadka. Tak zapatrzona wyglądała, jakby spłynęła ze starego portretu i wylała się wprost na betonową posadzkę. Kiedy byłam już blisko, unosiła się lekko, by poprawić pled i dociskała do powiek druciane okulary. Zdawało mi się, że wcale nie było w nich szkiełek. Jej oczy były zbyt wyraźne, choć tkwiły głęboko w poduszkach zmarszczek.

Potem unosiła skurczoną dłoń i, ledwo zauważalnym gestem, przywoływała do siebie. Podchodziłam do niej niepewnie. Jej wąskie jak źdźbło trawy usta układały się w idealnie prostą kreskę, którą podświadomie przyjmowałam jako uśmiech. Drobne, pochylone ciało skrywało się w plątaninie kilku warstw osobliwych tkanin. Jakby wszystkie te smętne ubiory narzucała na siebie w obawie przed grabieżą.

A później szłam za starszą panią  mrocznym korytarzem, prowadzącym do kuchni. Wewnątrz panował zaduch piwnicznej wilgoci, zbutwiałych liści i świeżej ziemi. Głuchą ciszę przerywało echo moich butów stukających o posadzkę – rozlewało się po ścianach i suficie, unosiło w powietrzu jak zapach. Rozgrzane ciało nieoczekiwanie stawało się zimne i sztywne. Na czubku języka osiadł lęk; szczypał lekko, podrażniając wargi. Mogłam uciec, ale wiedziałam, że nic złego mi się nie stanie, że za chwilę dostanę kubek koziego mleka i kromkę chleba z miodem.

Wchodziłyśmy do jasnej kuchni dziko kontrastującej z ciemnością dawnego gabinetu widocznego przez odemknięte drzwi. Na skrzypiących jak stare koła drewnianego wozu półkach zalegały ciężkie foliały, obsypane pyłem przeszłości, który przy każdym najmniejszym podmuchu wiatru, wskakującego znienacka przez nieszczelne okna, unosił się, jakby chciał zwrócić uwagę na swoje skarby ukrywane pod szarą woalką.

Bursztynowa słodycz niczym żywica spływała z puszystej skiby, oblepiając rozkosznie palce. Ciepłe, słonawo-słodkie mleko przyklejało się do błyszczących od miodu ust. Upojona smakiem na krótką chwilę zapominałam, gdzie jestem.

Pani Żelazna zostawiała mnie czasami samą przy posiłku. Wsuwała się do gabinetu, by po chwili pojawić się w drzwiach, przez które wchodziłyśmy. Niekiedy echo starczych ruchów szeleściło gdzieś z prawej strony, by z nagła wybić się mocniej na przeciwległym krańcu holu. Tuż nade mną wibrowały czyjeś kroki, choć równocześnie uszy moje wyłapywały skrzypienie zaraz za ścianą bezwzględnie stojącą za moimi plecami. Za każdym razem słyszałam też płaczliwy śpiew starej pozytywki.

Kiedyś wstąpiłam w tę osobliwą ciemnicę.

Nie mogłam doczekać się powrotu dziedziczki, więc postanowiłam wrócić do dziadka. Mroczność, płoszona lekkim światłem wypełzającym z kuchni, tężała powoli, obłapiając stopniowo głowę, ramiona i stopy. Nie widziałam wyjścia, choć powinno być niedaleko. Skierowałam kroki w miejsce, z którego przybyłyśmy i stanęłam przed grubą kotarą z trudem dźwigającą ogromne złote kwiaty powiązane zgnitą zielenią kłębowiska pnączy. Rozsunęłam ją i znalazłam się w maleńkim pokoiku. Kilkanaście starych, powykrzywianych krzeseł tłoczyło się w nim niczym banda rzezimieszków porysowanych bliznami. Przecisnąwszy się pomiędzy oprychami, dotarłam do wąskich drzwiczek. Nacisnęłam lodowatą klamkę i z narastającą trwogą wtargnęłam do wielkiej sypialni.

Kluczyłam tak po tym labiryncie pomieszczeń, których wciąż przybywało. Jeden pokój przechodził w drugi, sypialnie dwoiły się i troiły. Raz miałam wrażenie, że rozpoznaję kształty izb, w których już byłam, by później poddawać owe wyobrażenia w wątpliwość graniczącą z obłędem.

Kiedy panika zastąpiła niepewność, poczęłam wrzeszczeć przeraźliwie jak ptak zamknięty w potrzasku. Wtedy kościste ręce staruszki zstąpiły na mnie niby obręcz. Utulona obecnością, nie zwróciłam wcale uwagi na pogłos drobnych stąpnięć, które bez wątpienia nie należały do żadnej z nas. Teraz wiem na pewno, że ktoś tam był.

A może to wyobraźnia płatała figle?

To ten dom. Zostawił mnie z poszarpaną wstążką wspomnień i nieodgadnioną tajemnicą. U dziadków było jasno i przyjemnie. Tam – ciemno i chłodno. Do tego miejsca pasowała tylko ona. Dziedziczka.

Chojnice i Charzykowy

Ciąg dalszy snucia się po Chojnicach i okolicach.

Zanim opuściliśmy na dobre rejony chojnickiego rynku, musiałam koniecznie wejść do dwóch usytuowanych obok siebie kościołów.

Słońce przygrzewa coraz mocniej, więc schronienie się pośród średniowiecznych zimnych murów daje ukojenie nie tylko duchowe. Gotycka Bazylika Ścięcia św. Jana Chrzciciela pochodzi z XIV wieku i pamięta wielokrotne pożary. Wnętrze nie prezentuje się tak okazale, jak sugeruje widok fary z zewnątrz. Wystarcza mi zaledwie 15 minut, by obejść świątynię, ale nie wielkość, lecz wrażenia są najważniejsze.

Zupełnie nie mogę pojąć mojej fascynacji średniowiecznymi murami mimo braku zainteresowań historycznych czy architektonicznych. Przebywanie w pobliżu budowli powstałych z kamienia lub czerwonej cegły koi, pobudzając jednocześnie wyobraźnię.

Tuż obok fary znajduje się barokowy pojezuicki Kościół Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny zwany też kościołem gimnazjalnym.

Wnętrze, jak na barok przystało, jest jasne i bogate. Potrafię docenić ten przepych, choć moje oko takimi widokami cieszy się tylko przez chwilę, a serce nie bije tak samo jak podczas oglądania surowych, gotyckich wnętrz.

Zostawiam za sobą historię i wychodzę w nowoczesne miasto tętniące życiem.

Idę na spotkanie z naturą do Parku Tysiąclecia.

Miejsce, które w 2014 roku zyskało tytuł najpiękniejszego parku w Polsce, rzeczywiście robi wrażenie. Tuż przy wejściu wita nas Kopernik. Przez cały park ciągną się alejki spacerowe o długości ponad 5 km. Trzy zbiorniki wodne połączone mostkami oblegane są przez kaczki, które bez obaw można karmić specjałami zakupionymi w kaczkomacie.

Każdy tutaj znajdzie miejsce dla siebie; może przysiądzie na ławeczce, pozwoli dzieciom szaleć na jednym z placów zabaw, albo poćwiczy na siłowni pod chmurką lub będzie śmigał po skateparku. Bardzo ciekawym pomysłem są alejki tematyczne. Nie wiem, ile ich jest, ale udaje mi się przejść aleją Sztuki i aleją Historyczną.

Idąc za tłumem, trafiam na zlot pojazdów zabytkowych. Największe zainteresowanie wzbudzają we mnie oczywiście wszelkie maszyny w kolorze niebieskim 😉

Głód zaczyna dokuczać, więc sprawdzam aktualną godzinę na zegarze słonecznym i zmierzam w stronę pszczół z zapytaniem, czy mają dla mnie słodki deser?

Promienie słońca coraz intensywniej drapią w twarz, wdzierają się pod bluzkę. Słodycz miodu tu nie wystarczy. Wody mi trzeba. A gdzież więcej znajdę niźli w jeziorze?

Charzykowy znajdują się przysłowiowy rzut beretem od Chojnic. Wspaniała przystań wypełniona po brzegi pachnie przygodą. Pomiędzy bujającymi się na wodzie żaglówkami bez przestrachu przepływają kaczki i łabędzie. To, co żywe i to, co stworzone przez człowieka, tutaj jednoczy się z taflą wody.

Jest spokojnie, brak rozkrzyczanych turystów. Na rozjaśniony słońcem błękit nieba napierają ciemne chmury. Od strony wody ciągnie przejmujący chłód, wiatr delikatnie bawi się włosami, a ja chwytam tę chwilę i zamykam w pocałunku.

Jeszcze spacer wzdłuż plaży, przejście wokół amfiteatru i powrót do auta cichą uliczką, która uśpiona zapewne czeka na kolejny sezon.

CDN…

Chojnice

Kolejna niedziela. Tym razem decyzja o wyjeździe pojawiła się wcześniej. Miałam czas, by przygotować plan. Po kawie wypitej w rodzinnym gronie jak najszybciej chciałam zobaczyć coś nowego. Kilkakrotnie odwiedzany już człuchowski zamek zostawiłam na koniec, aby ujrzeć najpierw miejsca, w których jeszcze nie byłam.

Obiecałam sobie, że przyłożę się do zdjęć i postaram się uwieczniać wszystko, co zaskoczy moje oko. Pierwszą okazję miałam już zanim wyjechaliśmy z miasta. Moją uwagę zwróciło oryginalne ogrodzenie.

Chojnice

W Chojnicach zjawiliśmy się przed południem. Kamienice, które mijaliśmy, zmierzając w stronę rynku, były cudownym wstępem do tego, co było dalej.

Gdy oczom moim ukazał się ceglasty budynek, wiedziałam, że będę tu dłużej, niż przypuszczałam. Neogotycki ratusz to prawdziwe serce chojnickiego rynku. Wybudowany na początku XX wieku zachwycił mnie nie tylko ciekawymi płaskorzeźbami, ale równie cudownie rzeźbionymi drzwiami, do których mam słabość. Półnagie kobiety z brązu bez skrępowania kąpały się w fontannie, dzieląc się orzeźwiającymi kroplami.

Wrześniowe południe, muskające twarz letnimi promieniami, ale pachnące już jesienią, zachęcało do spaceru. Kolorowe kamienice otulały rynek, spoglądając z góry na przechodniów. Boczne uliczki intrygowały stoiskami pełnymi staroci.

W Bramie Człuchowskiej panował ruch. Tajemne przejście pomiędzy średniowieczną historią a współczesnością. Po drugiej stronie ciąg dalszy kolekcji staroci porozkładanych na ziemi. Mieszanina potu, nieświeżych ubrań i oddechów. Cygańskie dzieci obejmowały gestykulujące matki. Łamana polszczyzna z ukraińskim akcentem. Intrygująca różnorodność i niezwykłość, której doglądał skrzydlaty stróż

Niestety muzeum było nieczynne. Czmychnęłam więc w wąziutką uliczkę, by poczuć bliskość dawnych opowieści i odpocząć pod starym murem jak strudzony wędrowiec. Podeszłam do każdej baszty, by sprawdzić, czy nie ukryto w żadnej z nich księżniczki.

Bramy, drzwi i okna zamknięte.

Idę dalej. Otwieram serce…

CDN 😉

Wrzosowe Wydmy

Ostatnia niedziela sierpnia łaskocze mnie chłodem w stopę. Otwieram jedno oko i jeszcze na wpół zamglona źrenica dostrzega uchylone drzwi balkonowe. Doceniam jednak ten gest ze strony poranka, bo wybudza mnie na dobre. Zimna skóra chce się skryć pod kołdrą, ale jasność, która wdarła się do pokoju, tańczy już na pościeli, głaszcze meble i ściany. Czas wyprostować zastygnięte kości, wyjść naprzeciw słońcu, które za wszelką cenę próbuje przebić się przez chmury. Przeciągam się delikatnie, by nie zbudzić męża. Ostrożnie zsuwam z siebie pościel i z gracją siadam na łóżku. Czuję na stopach zimny powiew, więc sięgam po ciepłe skarpety, zwisające z oparcia fotela. Teraz mogę stanąć na chłodnej podłodze.

Reszta mieszkania jest mroczna, osaczona ciężkimi roletami. Zapraszam do salonu jasność i postanawiam, że to będzie piękny dzień. Myślę o słońcu i ciepłym morskim piasku. Jak dobrze byłoby zanurzyć stopy w tej sypkiej, niepoliczalnej materii. Wrzosowe Wydmy wydają się najlepszym pomysłem. Piasek i wrzosy – lato i jesień. Super! Jadę, bo niedaleko. Mąż się lituje, widząc moją minę, oznaczającą: Sama dam sobie radę!  Jedziemy razem…

Wydmy znajdują się na terenie Puszczy Noteckiej. My dojechaliśmy od strony Gogolic. Sama droga do celu, prowadząca pod koniec przez las, budziła zachwyt – wokół pagórki porośnięte wysokimi drzewami, gdzieniegdzie wrzosowe place.

Na miejscu okazało się, że nie będziemy sami. Kilka aut, ludzie robiący zdjęcia. Cóż, naturą trzeba się dzielić. Widok rekompensował brak intymności.

Postanowiłam iść najpierw w przeciwną stronę, do lasu. Szeroka, piaszczysta ścieżka poryta była śladami opon; zapewne przez kłady lub krossy. Gdy tylko stanęłam na granicy wejścia do tej drzewiastej przestrzeni, poczułam niesamowicie świeży, czysty zapach grzybów, który po brzegi wypełniał płuca. Oddech życia, pomyślałam.

Kiedy ludzi było mniej, przeszliśmy na drugą stronę, by przemierzyć złoty pas pomiędzy kwitnącymi wrzosami. Złote ziarenka połyskiwały w słońcu, zapraszając do dotknięcia bosą stopą. Szłam plażą, a wokół kołysało się fioletowe morze.  

Widok z góry zachwycał jeszcze bardziej. Nieskazitelna cisza otulała cienką woalką spokoju. Tak bałam się ją zerwać. Oddać się piaszczystej przestrzeni i czekać na opowieści z wrzosowisk – to było jedyne marzenie.

W dół schodziliśmy pomiędzy drzewami. Letnie sandały grzęzły w miękkim, soczyście zielonym mchu, drobne gałązki pstrykały jak ogniste iskierki, a strzeliste pnie szeptały czule, rozbudzając wyobraźnię.

Na drodze otoczył nas wianuszek owadów. Drobne muszki wyglądały na tle nieba jak czarne kropki malowane główką szpilki. Im bardziej człowiek zatapiał się we wrzosach, tym głośniej słychać było brzęczenie wszelkich drobnych istot z zapałem latających pomiędzy fioletowymi kępkami.

Słońce już dawno zaszło, a niebo przybrudziło się szarością. Poczuliśmy pierwsze krople deszczu, ale dopóki nie grzmiało, żal było uciekać z tego raju.

Jeszcze jedno wejście w las, pod piaszczystą górkę, by zaliczyć niedzielny trening. Wyprostowane drzewa budziły respekt.

Deszcz zacinał coraz mocniej, a spocone ramiona zaczęły marznąć. Postanowiliśmy wracać inną drogą, by jeszcze lepiej poznać okolice. I to był doskonały plan, bo zaledwie kilometr dalej, pośród gęstych, młodych drzewek dojrzałam duży, ciemny kształt. Nakazałam mężowi zatrzymać się. Obserwowaliśmy w skupieniu majaczące pomiędzy pniami stworzenie. Wbrew naszym przekonaniom, zwierzę nie spłoszyło się, ale ostrożnie zaczęło zdążać w stronę drogi. Podjeżdżaliśmy metr po metrze, by nie przeszkodzić leśnemu wędrowcy. Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko żadnego dzikiego zwierzęcia.

Łoś to był super gość. Nie biegł, gdy przecinał drogę, ale spokojnie szedł, bacznie nas obserwując. Przez chwilę patrzyłam mu w ślepia i byłam niemal pewna, że ruszy wprost na nas…

Nie czując jednak zagrożenia, spokojnie wszedł w las, by po chwili zniknąć w gęstwinie drobnych drzewek i krzewów. Czułam się niemal jak egzotyczna podróżniczka.

Podświadomie liczyłam na kolejne atrakcje, ale rozpadało się na dobre. Zdążyliśmy tylko na minutkę zatrzymać się przy jeziorze Kłuchowiec (Głuchowiec). Narastający chłód sprawił, że nawet nie protestowałam.

Wracaliśmy od strony Chojna i żałowałam, że pogoda nie pozwoliła nam nacieszyć się kolejnymi widokami. Odpoczynek nad jeziorem musi poczekać. A wrzosy? Może we wrześniu będą piękniejsze…

Kreteńskich wakacji część 7.

To już niestety ostatni odciek serii „Kreteńskie wakacje”.

Siódmy dzień był sądny, bo ostatni. Po śniadaniu trzeba było zacząć pakowanie, żeby nie zostawić cennych majtasów i skarpetek tysiące kilometrów od domu. W sumie to nawet nie pamiętam, czy ktokolwiek z nas nosił skarpetki w tym upale. Czy w ogóle były…

Wyczytałam, że niedaleko, w Hersonissos, znajduje się Muzeum na Wolnym Powietrzu Lychnostatis. Jeśli chce się poznać Grecję, jej historię i zwyczaje, jest to miejsce naprawdę ciekawe. Spacerowaliśmy tam jakieś dwie godziny. Wszędzie można było wejść, wszystkiego dotknąć. Najbardziej spodobało mi się wnętrze greckiego domu. W dawnej szkole wcieliłam się  w  postać  nauczycielki.  I  wcale  nie byłam w swoim żywiole. Lepiej siedziało  mi  się  w ławce.

Po Grecji nieskalanej turystami przyszedł czas na Grecję wakacyjną. Namówiłam naburmuszoną rodzinkę na wycieczkę do wioski Koutoluofari. I to był błąd. Ledwo przeciskaliśmy się wąskimi jak nitki uliczkami. Jestem do teraz pełna podziwu dla męża i jego umiejętności kierownicujących. To cud, że nikogo nie rozjechaliśmy. Udało nam się zjeść pyszne lody i zrobić kilkanaście zdjęć, ale kolejna wioseczka wypadła z planu. Oczywiście miałam focha przez kilkadziesiąt minut, choć podświadomie sama nie chciałam snuć się po tych rozgrzanych uliczkach i smażyć podeszew sandałkowych. I tak były już coraz cieńsze.

Wróciliśmy do Stalis w celu poszukiwania jadła i pitła. Wybraliśmy lokal Brothers, z którego można było wyjść wprost na plażę i zatonąć w niebieskich widokach. A po obiadku deser w Sweet Bakery. Tyle tam było pysznych słodkości, że nie wiadomo było, co wybrać. Najlepszą więc opcją wydawała się zwyczajna lodowa gałka.

A potem błogie lenistwo przy hotelowym basenie. Ze smutkiem spoglądałam na piętrzące się w oddali góry, mając świadomość, że to ostatnie spojrzenia.

Na uroczystą kolację wybraliśmy się ponownie do Kateriny. Zanim tam jednak dotarliśmy, postanowiłam oczyścić stopy z wszelkich niegodziwości, by czuć się jak grecka bogini, którą w owe całują wyznawcy. Pomogły mi w tym… pijawki z Fish Spa. Serio. Każdego dnia zatrzymywałam się tam i obserwowałam małe żyjątka wodne, które z zapałem atakowały stopy klientów. Nie miałam jednak odwagi, by dobrowolnie poddać się rzezi. Kiedy jednak masz świadomość ostatniej szansy, mózg pracuje inaczej. No namówiłam się. Z córką razem. Mąż stwierdził, że nie może, bo nie da niewinnym rybkom zdechnąć, gdy wsadzi tam nogi.

Pożegnalny spacer po Stalis zakończyliśmy (a jakże!) drinkami w Chillout. To znaczy – my drinkami, dzieci soczkami. Pod koniec biesiadowania zaskoczył nas cudowny deszcz. Spadł nagle, oczywiście z nieba. Dla nas była to niesamowita atrakcja po siedmiu upalnych dniach. Poetycko stwierdziła, że niebo zaczyna płakać z powodu naszego wyjazdu. Tak samo płakało, gdy zdążaliśmy autokarem na lotnisko. Płacząca wyspa o 4.00 nad ranem rozrywała mi serce. To był już koniec…

Kreteńskich wakacji część 6.

Przedostatni dzień greckiej przygody postanowiliśmy spędzić spokojniej. Wreszcie się wyspaliśmy, a po śniadaniu od razu rozłożyliśmy się przy basenie.
Teraz dopiero czuło się luksus. Słońce, woda i zimne napoje. Żyć, nie umierać.
Po basenowym lenistwie w planach było zwiedzanie najbardziej znanej greckiej wioski – Kritsy, z którą wiąże się ciekawa legenda.
Gdy dotarliśmy na miejsce, poinformowałam rodzinkę, że szukamy tawerny z dobrym a tanim żarłem.
Tak naprawdę, poza obiadem, chciałam znaleźć sklep, o którym przeczytałam w internetach.
Po półgodzinnej wycieczce stanęliśmy przed małym sklepikiem. Nad wejściem wisiał szyld z napisem NOSTIMON.
W drzwiach stała kobieta. Kiedy mąż i dzieci zaczęli dopytywać, dlaczego się zatrzymaliśmy, pani spojrzała na nas, a w jej oczach pojawił się blask. Wtedy nabrałam pewności, że to tutaj.

Już spieszę z wyjaśnieniami.
Pani Ewa jest Polką i od wielu lat mieszka na Krecie, prowadząc sklepik z lokalnymi produktami. Zawsze z otwartym sercem wita rodaków i zaprasza do środka. Nostimon jest po brzegi wypełniony greckimi produktami, ma niesamowity klimat, a właścicielka swoim uśmiechem i dobrą radą sprawia, że zakupy są przyjemne i przemyślane.

Tylko, żeby nie było za nudno, że zakupki i do domku, trochę zabawy musiało być.
Otóż sklep pani Ewy oferował coś jeszcze. Degustację lokalnych trunków. A jak już wiecie, z tym akurat mam do czynienia w nadmiarze odkąd na Krecie wylądowałam.
Było więc lokalne wino. Tylko troszkę, na jedną nóżkę, a może i dwie. Kiedy rozmawiałyśmy o alkoholu, który pija się w Grecji, przyznałam, że te ich uozo i raki to mi zupełnie nie podeszły, bo za mocne i ohydne.
No to pani Ewa postanowiła zmienić moje zdanie maleńkim kieliszeczkiem raki z miodem… O mamuniu! Mogłabym głabnąć butlę i czmychać czem prędzej w góry wysokie. Taaaakie dobre było.
To był jednak wstęp do czegoś o wiele lepszego.
– Uozo z kawą – zaproponowała właścicielka.
Już sam aromat odbierał świadomość, a co dopiero smak…
Poczułam się przez chwilę jak w raju…
Oto Ewa częstuje mnie niewinnie trunkiem, niczym jabłkiem rajskim. A butelka ta, jako drzewo poznania się jawi. I poznałam, co dobre a co złe…
Pani Ewa, widząc, że smakuje wybornie (już nigdy nie ruszę naszej Wyborowej), stwierdziła, że rodaczka z jeszcze jednym łyczkiem sobie poradzi.
Kiedy zaczęło mi robić się gorąco, przyszła pora na zakupy – lokalna oliwa z oliwek i zimowa herbata z ziół zbieranych w górach w okolicach Kritsy. Przy okazji pani Ewa zarekomendowała nam najlepszą tawernę, w której spotykają się mieszkańcy, więc nie jest nastawiona tylko na zysk turystyczny. Nie zawiedliśmy się. Przyjemne, zacienione miejsce i przepyszne jedzenie skutecznie utuliły moją głowę, w której zaczęło już szumieć.

Po posiłku wybraliśmy się do starej części Kritsy. Tam dopiero był klimat! Stare, opuszczone budynki, wąskie uliczki, biel ścian, gdzieniegdzie oleandry i ten widok z tarasu przy świątyni.
Jeśli miałabym wybrać miejsce na Krecie, w którym chciałabym zamieszkać, byłaby to Kritsa.


Niestety mąż nie zgodził się na kupno podupadającego budynku, na którym wisiała informacja o sprzedaży.
Nadeszła chwila pożegnania z tą czystą kreteńską przestrzenią.

Kiedy wróciliśmy do Stalidy, musiałam ochłonąć w basenie. Mój wzrok wciąż podążał w stronę gór.
Na kolację wstąpliśmy do El Greco. Tutaj klimatu nie było. Komercyjna restauracja nastawiona na turystów. W końcu odważyłam się spróbować owoce morza, na które czaiłam się od dnia pierwszego. Zamówiłam kalmary, a żarłam… gumowe kółka. Nie wiem do teraz, czy to takie ble zawsze, czy tylko tam… Boję się sprawdzać.
A może to były oponki z małych rowerków? 
Uozo i raki już mi wrażenia wyparowały z głowy, więc tradycyjnie na nocne drinki poszliśmy, tym razem do Beachcomber. Było tak sobie przyjemnie. Może dlatego, że w głowie miałam wciąż myśl, że czas odjeżdżać…

Kreteńskich wakacji część 5.

Przypominam, że teksty tu lokowane, nie są dowodem na mój nieskazitelny kunszt literacki. To miejsce jest po to, byście mogli się pośmiać, a ja przy okazji.
Jeśli chcecie poczytać o dniu piątym mojego greckiego snu, to na wstępie już ostrzegam, że mowa będzie o zdrowiu, więc kogo moje zdrowie i moje ciało nie interesuje, może sobie od razu odpuścić czytanki.

Pewnego niedzielnego, słonecznego, pięknego, greckiego poranka…
Brzmi jak szkolne wypracowanie!
No to w niedzielę postanowiliśmy zwiedzić dwie egzotyczne plaże. Takie, które szczególnie wyróżniają się spośród tych wszystkich z wodą i piaskiem.
Pierwsza na trasie była Matala – mała wioska, w której na każdym kroku widać ślady hippisów. Sama plaża Matala to uroczy zakątek otoczony niezwykłymi skałami z mnóstwem jaskiń.
Zafudowaliśmy sobie leżaczki, bo po analizie stanu „ełro” byliśmy w miarę usatysfakcjonowani. Wszak za dni kilka odlot w kraje polskie, więc choć jedno leżakowanie się należy.


Kiedy południowe słońce przypiekało niemiłosiernie i jedynym marzeniem była zima w Polsce, mój mąż, w celu niby fizjologicznym, oddalił się.
Po kilku minutach powrócił i zapraszającym gestem, przywołał mnie do siebie. Czułam, że coś jest na rzeczy. Półprzytomna od gorączki, podążyłam za nim. Przeszliśmy kilkanaście metrów, gdy oto mąż mój zatrzymał się przed czymś w rodzaju wiaty, osłoniętej z trzech stron. Przede mną stał wysoki, chudy, pomarszczony Grek w samych galotach. Na namiocie widniał napis: GURU MASSAGE.
I tak oto sprzedana zostałam za 20 „ełro”.
Mąż mój bezczelnie oddalił się, pozostawiając mnie na pastwę rąk starego szamana. Czekałam na rytuał…

Guru kazał mi położyć się na łożu. I w jednej sekundzie pojęłam, że to nie będzie tylko masaż plecny. Na plecach to ja leżałam. Sztywna, rozłożona, w bikini samym, w które ledwo co tłuszcz swój upchałam. A najgorsze było to, że golenie części pewnych, łącznie z nogami, w dniu poprzednim sobie odpuściłam. Pan starszy był, ale jednak facet.
Przyrzekłam sobie wtedy, że przy najbliższej okazji wdową zostanę.
Za mało miałam odwagi, by uciec, więc oddałam się cudotwórcy od masażu. Modliłam się tylko, by mi kręgosłupa nie złamał. Jaka pewność, że znał się na rzeczy?
Ooooo matkoooooo! Co on mi robił!
Na prawo, na lewo, na bok, na brzuch, na plecy, do góry, na dół…
Mówię Wam! Cudaaaaa!!!
Tak mnie ponaciągał, że mi się nogi wydłużyły. Współpraca była zgrana, bo mój angielski w miarę był rozumiejąco-gadający. Zahaczyliśmy nawet o muzykę.
Kiedy zaczął nucić „Alabama song” Doors’ow, stał się moim przyjacielem.
Do czasu, gdy nucąc razem z nim, wysyczałam miętolona: „I tell you we must die.” („Mówię ci, że musimy umrzeć”).
I wtedy blady strach padł na moje oblicze. Czułam, że oto nastąpi koniec. Moje Guru Massage dokończy szamański rytuał i złoży mnie greckim bogom w ofierze.
Nic takiego jednak się nie stało. Uwielbiam swoją wyobraźnię.

Od Pana Guru wychodziłam jak nowonarodzona. Czułam, że płynę, zamiast dotykać stopami gorącego piasku. Pragnęłam mojego Guru Massage na zawsze.
Z otępienia wyrwał mnie głos męża i dzieci. Patrzyli na moją gębę, która wyrażać musiała każdą cechę, z wyjątkiem inteligencji.

Wymasowana i wyraźnie wyższa pożegnałam plażę, by pozwiedzać hipissowskie uliczki Matali. Na jednym ze stoisk kupiłam ręcznie robione kolczyki, które są moim talizmanem.

Z Matali wyruszyliśmy w kierunku Preveli Beach, po drodze zatrzymując się w wąwozie Kourtaliotiko. Opisywać nie będę, bo żaden opis, żadne zdjęcie, żaden film nie są w stanie oddać piękna i potęgi tego miejsca.
Kiedy dotarliśmy do celu, okazało się, że do plaży wiedzie stroma, kamienista, kręta trasa w dół. W taki bardzo dół. A jak wiadomo, potem będzie w górę. To znaczy w drodze powrotnej.
Preveli z lasem palmowym, przez który przepływa rzeka Megapotamos, zasilająca morze, to niespotykany widok.


Kiedy odechciało się harców w słonym morzu, można było ochłodzić stopy w zimnej rzece, a potem udać się na egzotyczny spacer wzdłuż wąwozu zacienionego liśćmi palm. Raj.

Po wyczynowej wspinaczce ku parkingowi rodzinka nie chciała już słyszeć ode mnie o kolejnych cudach natury czy zabytkach. Mieli dość. Podstępem udało mi się zawlec ich tuż przed zachodem słońca do Rethymnon. Tam niestety nie było już czasu na oględziny. Pozostało mi zadowolić się krótkim spojrzeniem na plażę i port. W innym wypadku zjedliby mnie na kolację. Jako że wszystkie restauracje były zapchane, udaliśmy się do pierwszej z wolnymi miejscami.
To była Opaka – coś na kształt Maca lub KFC.
Jedzonko było pyszne. O ile podczas posiłku umiem się ogarnąć, z obyciem w toalecie było już gorzej. Poszłam tam w wiadomym celu. Po wyjściu z kabiny ku umywalce się skierowałam, by ręce kulturalnie umyć, ale kurka znaleźć nie mogłam. Kombinowałam i rozglądałam się wszędzie, modląc się, by nikt nie wszedł i tępoty mojej nie ujrzał.
Załamana, wytarłam dłonie w suchy ręcznik. I tu pojawił się kolejny problem. Gdzie jest kosz? Po szaleńczych poszukiwaniach udało się zlokalizować dziurę w blacie. Ufff… 
Wyszłam stamtąd z rękoma skażonymi i mężowi się pożaliłam.
– A te pedały pod umywalką widziałaś? – zapytał.


Kurtyna. Do dziś przeżyć tego nie mogę. Wrócę tam kiedyś i ręce umyję. Zobaczycie.

Kreteńskich wakacji część 4.

Sobotę mieliśmy pełną wrażeń, bo zwiedziliśmy kilka miejsc.
Główną atrakcją był rejs na wyspę Spinalonga – kolonię trędowatych
Poprzedniego dnia znalazłam w internetach ofertę rezerwacji rejsu w języku polskim. Nawet polski przelew pozwolili mi zrobić, co było niesamowitą dla mnie wieścią, jako że dzięki owej transakcji kilkadziesiąt żywych „ojro” zostało w wakacyjnym budżecie.
Wybraliśmy rejs z Agios Nikolaos, aby jak najdłużej rozkoszować się morską wycieczką
i skorzystać z kąpieli w przepięknej Zatoce Mirabello.

Agios mnie zachwyciło, a zwłaszcza przystań nad jeziorem Voulismeni. Klimatyczny zakątek pełen tawern i restauracji otoczony z jednej strony malowniczymi stromymi skałami,
z drugiej – połączony kanałem ze słonym morzem. Zadaniem obowiązkowym było pstrykanie fotek, więc nie zważając na porozkładane na trasie dzikie kaczory, wypoczywające w cieniu, oddałam się bez reszty wdzięczeniu się do obiektywu. Dopiero po kilku minutach zorientowałam się, że wszędzie, dosłownie wszędzie leżą kacze kupy. Z niesamowitą łatwością kleiły się też do moich sandałków. Oczywiście nie dałam po sobie tego poznać i zdjęcia wyglądają, jakby to rzec… CZYSTO.
Na szczęście zanim weszłam na pokład, odchody, jak nazwa wskazuje – odeszły od podeszwy.
Rejs marzeń bombardował widokami – z prawej morze, z lewej morze, z przodu morze, z tyłu…. Morze? 

No woda generalnie wokół była ciągle i wiatr niemiłosierny dął.
Kiedy rzucono hasło, że za kilka minut nastąpi przerwa, podczas której będzie można zażyć słonej kąpieli, ucieszyłam się jak dziecko, jednocześnie wypatrując miejsca, w którym statek mógłby zacumować. Byliśmy daleko od brzegu. Bardzo daleko. I nagle nasz wycieczkowiec zatrzymał się. Na samym środku zatoki. Sympatyczny męski głos popłynął z głośników: Zapraszamy na piętnastominutową kąpiel. Za chwilę zostanie opuszczona specjalna platforma, z której będzie można zejść do wody.
Coooo??? Jak????
A gdzie brzeg? Piasek? Grunt?
Nie ma to jak matka załatwi wycieczkę. A ja siebie już widziałam na tej piaszczystej plaży, na fotkach przecudnych z zatoką w tle.
Nie wahałam się jednak długo i postanowiłam stawić czoła przygodzie. Zanim na trzęsących się nogach zeszłam do wody, minęło 10 minut. Dlaczego? Musiałam czekać na tych, którzy po krótkiej kąpieli wchodzili na platformę. Byłam chyba jedyną osobą, która chciała z niej zejść. Inni po prostu wskakiwali.
Jak szybko zlazłam, tak szybko wlazłam. Śmierć w oczach.
Nie jestem żadna puszczalska, więc puścić się brzegów platformy nie byłam w stanie.
W dodatku jakaś niewidzialna siła wciągała mi nogi pod statek. To zdecydowanie za dużo jak na moje nerwy. Wolałam smażyć się na górnym pokładzie.

Na Spinalondze wymiękłam po raz kolejny. Kosmiczny żar dokonał spustoszenia w umyśle – bliska omdlenia doznałam ataku paniki i jeszcze chwila, a wzywanoby helikopter. Jedyną nadzieją było ochłodzenie
w przyjemnej wodzie, ale opowieść syna o jeżowcach skutecznie mnie ostudziła. Poszukiwałam u brzegu ogromnych, czarnych piłek wielkości leśnego jeża, a nosicielami zła okazały się małe, ledwo widoczne kulki.
Tylko smutna historia wyspy dała jako takie wyciszenie.

Na szczęście w drodze powrotnej nie było kąpieli.
Po zejściu na ląd strzeliłam jeszcze kilka fotek pod pomnikiem przedstawiającym Zeusa pod postacią byka uprowadzającego Europę
i dokonałam spektakularnego przetłumaczenia z języka angielskiego napisu, znajdującego się na pomniku. Duma mnie rozepchała na wszystkie strony. Wszak to kilkanaście wyrazów aż było.

Z Agios Nikolaos ruszyliśmy do Eloundy, miejscowości z najdroższymi hotelami na Krecie. Dlatego też poszliśmy nie do hotelu
a na publiczną plażę.

Następna na trasie była malownicza Plaka. Tam, w tawernie z widokiem na Spinalongę, dokonaliśmy pożarcia greckiego żarcia, by z pełnymi brzusiami powrócić do Stalidy.

A w Stalidzie? Tradycyjnie już wieczorkiem drinki. Tym razem nawiedziliśmy restauracyjkę „Ocean”. Kelner po zapytaniu
o narodowość i po krótkiej rozmowie z mężem wyjawił, że wybiera się do Polski, a konkretniej do Gdańska, gdyż serduszko jego ku pięknej gdańszczance się wyrywa.
Za to kocham Grecję.
Tyle wycieczek po kraju i rzadko zdarzały nam się takie rozmowy. Tutaj każdy dzień owocował ciekawymi spotkaniami. Nawet jeśli był to element promocji, bardzo mi się podobało.
Kolejny dzień za nami. Czas na sen.
Zbliżamy się do końca wyprawy…

Masz wybór

Jest tyle rzeczy, o których chcę napisać. Tak dużo siedzi w głowie, ale znowu nie chce wyjść. Trzyma się kurczowo myśli, jakby bało się, że nie dość dojrzałe. Jakby to, co powstanie, mogło stać się końcem…

Siadam. Otwieram wieko laptopa i biegnę sztywnymi palcami po twardej klawiaturze. Odciskam piętno na opuszkach – muszą czuć, że mają do spełnienia misję. Z każdej strony napotykam opór. Klawisze się zacinają, zmieniają słowa w niezrozumiały bełkot. Krzesło obrotowe skręca zawsze w innym kierunku, jak gdyby chciało odjechać w bardziej ciekawe miejsca. Skrzypi i piszczy ze starości, błagając o litość. Nie chce dźwigać smutnego ciała, które nie ma nic do powiedzenia.

Nie przestaję. Powoli rozsypuję słowa na białym ekranie, niech same złożą się w zdania. Nie potrzeba mi wiele. Tylko chwili na własność, tylko ciszy na dnie duszy. Tak, jak Tobie…

Tłumione pragnienia rodzą ból

Czasami nie masz sił. W głowie układasz zdarzenia, w których nigdy nie weźmiesz udziału. Myślisz o miejscach, których nigdy nie odwiedzisz. Wypowiadasz szeptem słowa, które nigdy nie zostaną wykrzyczane. To wszystko zlewa się w Tobie, miesza jak w tyglu i w końcu wybucha, zostawiając żal i pustkę.

Nie można zagłuszyć pragnień na zawsze. Możesz o nich zapomnieć, schować najgłębiej, wyprzeć z siebie, ale nigdy zniszczyć. To, czego chcesz, jest częścią Ciebie. Tworzy człowieka, jakim jesteś. Jeśli żyjesz w zgodzie ze sobą, słuchasz swoich myśli, wierzysz swojemu ciału, możesz dawać siebie innym. Kiedy wciąż żyjesz nie swoim życiem, kiedy stajesz na baczność przed tłumem – nigdy nie zaznasz szczęścia, nigdy nie dasz go innym.

Dziś dokonujesz wyboru, efekt zobaczysz jutro

Pomyśl o wszystkich decyzjach podjętych w zgodzie z własnymi przekonaniami, o zakończonych relacjach, które nie wnosiły żadnej wartości. Pamiętasz tę lekkość? To dziwne uczucie, że stało się coś wielkiego, choć w skali świata nie zmieniło się nic? Tak właśnie objawia się wolność – zdolność wyboru zgodnie z własnym sumieniem. Bez względu na konsekwencje.

Nie bój się zrobić pierwszego kroku. Zawsze możesz przystanąć. Nic jednak nie daje takiego poczucia sprawstwa, jak przekonanie, że masz świadomość, że ten wybór to Ty. Nie bój się tego, co zdarzy się potem. Nie dowiesz się, jeśli nie dopuścisz do tego, że „potem” stanie się faktem. Poczekaj. Sprawdź. Jeśli się nie uda i tak pójdziesz dalej. Lepiej ponieść świadomą klęskę, niż upaść w skutek obcych decyzji.

Nie wiem, dokąd zaprowadzą mnie moje wybory. Czy znajdę odwagę, by wreszcie być tam, gdzie serce? Czy zdołam wykrzyczeć ważne słowa, które wirują we mnie, ściśnięte w głowie, nie mogąc się wydostać? Nie wiem, więc czekam…

Potrzeba słów wielkich?

Chcę pisać… To pewne. Wciąż jednak szukam właściwych słów, szukam słów wielkich. Takich, które zapewnią mi nieśmiertelność, wzniosą na parnas. Cały czas towarzyszy mi poczucie niedoskonałości moich dzieł, co wzbudza wstyd, stawiając coraz większe blokady. Kiedy w głowie tworzą się wciąż nowe historie, a serce podpowiada wersy, najtrudniejszą czynnością jest ich zmaterializowanie. Ciało jest zbyt słabe, by wstać z łóżka, ręka odmawia posłuszeństwa i nie wiadomo, czy chwycić kartkę i długopis, czy włączyć komputer…

            W niedzielę obudziłam się wypełniona żalem, jakąś nienazwaną pustką, która rodziła smutek. Nie było problemu, nie było przyczyny, a mimo to coś obezwładniło moje myśli – płynęły przeze mnie leniwe, poszarpane i niedorzeczne. Oddech był słaby, nie chwytał powietrza, by żyć pełną piersią. Melancholia i lęk mieszały się ze sobą, wprawiając w niekomfortowy dygot ciało. Czego chciałam? Co mnie dręczyło? Odpowiedź była zbędna, bo tylko zwiększała dyskomfort…

            Spacer. Hasło, na które zareagowałam wstrętem. Nie miałam ochoty spacerować u boku męża, który na własną rękę postanowił rozprawić się z moją tajemniczą chandrą. Perspektywa wyjścia w maseczce nie zwiększała wcale komfortu psychicznego. Jedynym wyjściem był las. Ostateczność, której nigdy nie doceniałam. Leśne wędrówki nie były moim hobby, pośród tych drewnianych olbrzymów czułam się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej przytłoczona. Teraz nie było lepszej możliwości.

            Jadąc drogą pomiędzy lasami, zaglądałam w ich głąb, by wyznaczyć najpiękniejsze miejsce. Nie było… Ostatecznie zdecydowałam, że zatoczymy koło i wrócimy do domu. Żadne z drzew nie mówiło do mnie, nie czułam potrzeby obcowania ze światem przyrody.

            Impuls przyszedł nagle. Zobaczyłam tabliczkę informacyjną, która wskazywała drogę do punktu widokowego i wiedziałam, że chcę tam być.

            Cudowne wzgórze, wypalone słońcem, z kępkami soczystej zieleni. U dołu jezioro, pomalowane błękitem, a po prawej stronie las jak samotna zielona wyspa. Nigdy tu nie byłam. Zachciało się żyć…

Zapragnęłam lasu. Zapadłam się  w jego ciszę. Znalazłam schronienie pomiędzy pniami. Już nie czułam się mała. Byłam bezpieczna i niewidzialna. Spokój, który panował wokół, rozpuścił wszystkie negatywne myśli.

Siostra brzoza zawołała mnie sama. Słyszałam kiedyś o drzewoterapii, ale było to dla mnie jakąś dziwaczną abstrakcją. Teraz słyszałam głos, zachęcający i czuły. Poddałam się chwili.

Biała, chłodna kora wygasiła złe emocje, utuliła aksamitem. Wiedzieliście, że drzewa mówią?

Dlaczego o tym wspominam, choć zaczęłam o pisaniu? Nie, nie zboczyłam z tematu. Właśnie tego mi brakowało. Tego, by pisać czasami prosto i zwyczajnie, będąc w swoim żywiole. I odkryłam ten żywioł – poznawanie nowych miejsc, sięganie do tego, co jeszcze niepoznane. Nie tylko las, nie tylko spacer i drzewa.  To wszystko dopełnia się we mnie tylko wtedy, gdy moje oczy otwierają się na nowe, gdy moje nogi kroczą nową drogą. Nie dobieram słów, by wybić się ponad przeciętność. Najpierw napiszę siebie, stworzę ze słów spontanicznych, nauczę się wychodzić bez wstydu, bez strachu. Po to, by czekać na Wasze reakcje bez bólu.

I oto jestem. Spokojna i napełniona nowym. Przez cały tydzień wchłaniająca dar przestrzeni. Kocham być w domu, ale tylko przestworza budzą do działania…