Poczekalnia aniołów

Czekałyśmy z matką na autobus powrotny do domu. Skorzystałyśmy z okazji, że szwagier jechał akurat do miasta i nas podwiózł. W innym wypadku musiałybyśmy tłuc się z torbami z Ustronia Morskiego, co nie było zbyt kuszące, zważywszy na aurę. Święta u siostry minęły zdecydowanie za szybko. Nie chciałam wracać, ale matka nalegała. Była przekonana, że nie poradzi sobie sama z opieką nad babcią.

Autokar miał być dopiero za godzinę. Na szczęście bilety udało się kupić nader szybko. Wizja sterczenia w długiej kolejce i wchłanianie zapachów ciał podróżnych nie napawały optymizmem. Było duszno. Rozpięłam płaszcz i sięgnęłam do torebki po butelkę z wodą. Nigdzie nie widziałam matki. Na pewno wyszła na papierosa. Nie odpuściłaby nawet podczas nawałnicy czy końca świata.

Usiadłam na twardej ławce i tępo wpatrywałam się w ludzi. Naprzeciw mnie pod okropnie żółtą tablicą z rozkładem jazdy rozsiadła się staruszka w fioletowym berecie. Jej długi rudawy płaszcz zsunął się z ławki i umościł na podłodze jak cwany lis. Kobiecina grzebała w brązowej, podniszczonej torebce. Mieliła dłonią jak w worku ze zbożem. Ostatecznie nie znalazła chyba tego, czego szukała. Zastanawiało mnie zawsze, dlaczego starowinki nie ściągają nakryć z głów, kiedy im gorąco. Może chcą zachować ciepłe myśli?

Obok niej siedziała młodziutka dziewczyna karmiąca kilkumiesięczne dzieciątko. Nie miała więcej niż siedemnaście lat. Ciekawscy raz po raz zerkali na lekko odsłoniętą pierś. Niektóre twarze wyrażały czułość, na innych malowało się oburzenie. Bez wątpienia ta dwuosobowa rodzina skupiała największą uwagę. Tuż przy nastolatce stało kilka walizek. Po co jej tyle bagaży? Co było w środku? Dokąd wybierała się sama z maleństwem? Dlaczego nie było obok niej żadnego mężczyzny? Choć nie było to moją sprawą, pytania nasuwały się samoistnie, a szukanie własnych odpowiedzi zajęło głowę na dłuższą chwilę.

Przesuwałam wzrokiem po pozostałych podróżnych. Przysypiali, kuląc się na ławkach, czytali gazety, biegali za dziećmi, przepychali się między sobą lub krążyli wokół kiosku i z udawanym zainteresowaniem oglądali wystawę kaset magnetofonowych poprzyklejanych do szyb jak magnesy do lodówki.

W pewnym momencie coś w tym przewidywalnym obrazie się zmieniło. Przy oknie dojrzałam starszego pana. Jestem pewna, że nie było go tam wcześniej. Obserwowałam każdy ruch w tej sennej poczekalni od co najmniej godziny. Musiałabym widzieć, kiedy wszedł. Niemożliwe, abym go przeoczyła.

Wyglądał na biednego. Miał na sobie niemodne spodnie z krzywo zaprasowanymi kantami, odklejone podeszwy butów i spraną zimową kurtkę. Czarna, ukłaczona wełniana czapka, która wciąż spadała mu na oczy, sprawiała, że nie wyglądał przyjaźnie. Poprawiał ją, ale ta nie chciała go słuchać. Wzrok miał wbity w posadzkę jak pal w twardą ziemię. Przyglądałam mu się przez dłuższy czas. Nie zauważyłam nawet mamy, która wcisnęła się między mnie a elegancką damę.

W tej samej chwili w piersi poczułam straszny ucisk, a łzy, które za wszelką cenę starałam się powstrzymać, cisnęły mi się do oczu. Tak bardzo zrobiło mi się go żal. Kiedy chwiejnym krokiem zaczął posuwać się w stronę kiosku stojącego pośrodku poczekalni, miałam wzmożoną ochotę podbiec do niego i zaoferować jakąkolwiek pomoc, ale nie mogłam ruszyć żadną kończyną. Świat wokół zamarł, wypełnił się moim bólem.

Gdyby sam  poprosił mnie o pieniądze, jestem pewna, że dałabym mu je bez wahania, niezależnie od tego, co by potem z nimi zrobił. Może to był jakiś beznadziejny alkoholik, który każdy grosz przepuszczał na trunki? Jednak mnie to nie obchodziło. Poczułam do niego nieokreśloną sympatię. Mimo nieprzyjemnej fizjonomii emanowało od niego dziwne ciepło, rozchodziło się po kątach.

Uczucie, które mnie przepełniło, było tak silne, że miałam ochotę krzyczeć i szlochać. W tej jednej chwili zdałam sobie sprawę z ogromu szczęścia, które było moim udziałem. Spojrzałam na siebie – zadbaną, dobrze ubraną dziewczynę. Kim był ten człowiek w porównaniu do mnie? Nikim. A jednak potrafił poruszyć moje serce do głębi. Czy to był znak?

Ludzie mijali go obojętnie, potrącali łokciami i wielkimi walizkami. Nie istniał dla nich. Nikt nie zatrzymał się nawet na chwilę, by obdarzyć choć lekkim uśmiechem tę biedną istotę. Od początku nie opuszczało mnie wrażenie, że  zesłany był tylko dla mnie. Z każdą chwilą ta świadomość rosła we mnie coraz bardziej. Anioł, pomyślałam.

Wycieńczona przez mieszające się we mnie uczucia żalu i rozpaczy, które raziły każdą komórkę, zapragnęłam, żeby zniknął. I stało się. Na chwilę przysłoniła go bryła sklepiku. Przez kilka minut wpatrywałam się w miejsce, z którego powinien się wyłonić, by dojść do drzwi wyjściowych. Bezskutecznie. Odszedł. Zniknął tak nagle, jak się pojawił. Rozglądałam się nerwowo po wszystkich obecnych. Byłam na siebie zła, że pozwoliłam mu zniknąć. Kręciłam się wokół i szukałam śladu obecności mojego anioła. Tylko wspomnienie jego smutnej twarzy utwierdzało mnie w przekonaniu, że widziałam go naprawdę. Było w niej coś, czego nie spotyka się w twarzach ludzi; coś, czego się nie zapomina.

Kiedy wsiadłyśmy do autobusu i spojrzałam przez szybę, zauważyłam go znowu – był wewnątrz poczekalni, z której dopiero co wyszłyśmy. Musiał dostać się tam tylko w magiczny sposób.

– Pamiętasz tego dziwnie ubranego mężczyznę z poczekalni? – zagadałam matkę. Chciałam dowiedzieć się, co o nim sądzi.

– Nie kojarzę.

Rozkładała akurat ogromną płachtę gazety na kolanach i nie zdradzała chęci do dalszej konwersacji. Zauważyłam, że odkąd opuściłyśmy dworzec, stała się milcząca. Nie narzekała na wszystko dookoła – na to, że za zimno, za ciepło. Nawet nie wypaliła papierosa bezpośrednio przed podróżą.

– Przecież cały czas patrzyłaś w jego stronę. Musiałaś go zauważyć.

– Mężczyznę? Widziałam tylko starszą kobietę w czarnej czapce i wypłowiałym płaszczu. Pewnie jakaś bezdomna. Nie ma o czym mówić. – Matka zbyła mnie szybko i zajęła się czytaniem.

– Ludzkie anioły nie mają skrzydeł. Pojawiają się znienacka, by przynosić świadomość – powiedziałam niby do siebie. Już wiedziałam, co chcę robić w przyszłości.

Czwarte już opowiadanie napisane przeze mnie podczas kursu opowiadań Od Grabińskiego do Munro (Warsztat Pisarza) :) 

2 Komentarze

    • Kasiu, dziękuję Ci bardzo 🙂 Masz rację z tą świadomością. Nie zawsze jest doceniana, a dzięki niej spojrzenie na niektóre sprawy może być zupełnie inne.

Skomentuj Katarzyna Katisha Winters Anuluj pisanie odpowiedzi