Potrzeba słów wielkich?

Chcę pisać… To pewne. Wciąż jednak szukam właściwych słów, szukam słów wielkich. Takich, które zapewnią mi nieśmiertelność, wzniosą na parnas. Cały czas towarzyszy mi poczucie niedoskonałości moich dzieł, co wzbudza wstyd, stawiając coraz większe blokady. Kiedy w głowie tworzą się wciąż nowe historie, a serce podpowiada wersy, najtrudniejszą czynnością jest ich zmaterializowanie. Ciało jest zbyt słabe, by wstać z łóżka, ręka odmawia posłuszeństwa i nie wiadomo, czy chwycić kartkę i długopis, czy włączyć komputer…

            W niedzielę obudziłam się wypełniona żalem, jakąś nienazwaną pustką, która rodziła smutek. Nie było problemu, nie było przyczyny, a mimo to coś obezwładniło moje myśli – płynęły przeze mnie leniwe, poszarpane i niedorzeczne. Oddech był słaby, nie chwytał powietrza, by żyć pełną piersią. Melancholia i lęk mieszały się ze sobą, wprawiając w niekomfortowy dygot ciało. Czego chciałam? Co mnie dręczyło? Odpowiedź była zbędna, bo tylko zwiększała dyskomfort…

            Spacer. Hasło, na które zareagowałam wstrętem. Nie miałam ochoty spacerować u boku męża, który na własną rękę postanowił rozprawić się z moją tajemniczą chandrą. Perspektywa wyjścia w maseczce nie zwiększała wcale komfortu psychicznego. Jedynym wyjściem był las. Ostateczność, której nigdy nie doceniałam. Leśne wędrówki nie były moim hobby, pośród tych drewnianych olbrzymów czułam się jeszcze mniejsza i jeszcze bardziej przytłoczona. Teraz nie było lepszej możliwości.

            Jadąc drogą pomiędzy lasami, zaglądałam w ich głąb, by wyznaczyć najpiękniejsze miejsce. Nie było… Ostatecznie zdecydowałam, że zatoczymy koło i wrócimy do domu. Żadne z drzew nie mówiło do mnie, nie czułam potrzeby obcowania ze światem przyrody.

            Impuls przyszedł nagle. Zobaczyłam tabliczkę informacyjną, która wskazywała drogę do punktu widokowego i wiedziałam, że chcę tam być.

            Cudowne wzgórze, wypalone słońcem, z kępkami soczystej zieleni. U dołu jezioro, pomalowane błękitem, a po prawej stronie las jak samotna zielona wyspa. Nigdy tu nie byłam. Zachciało się żyć…

Zapragnęłam lasu. Zapadłam się  w jego ciszę. Znalazłam schronienie pomiędzy pniami. Już nie czułam się mała. Byłam bezpieczna i niewidzialna. Spokój, który panował wokół, rozpuścił wszystkie negatywne myśli.

Siostra brzoza zawołała mnie sama. Słyszałam kiedyś o drzewoterapii, ale było to dla mnie jakąś dziwaczną abstrakcją. Teraz słyszałam głos, zachęcający i czuły. Poddałam się chwili.

Biała, chłodna kora wygasiła złe emocje, utuliła aksamitem. Wiedzieliście, że drzewa mówią?

Dlaczego o tym wspominam, choć zaczęłam o pisaniu? Nie, nie zboczyłam z tematu. Właśnie tego mi brakowało. Tego, by pisać czasami prosto i zwyczajnie, będąc w swoim żywiole. I odkryłam ten żywioł – poznawanie nowych miejsc, sięganie do tego, co jeszcze niepoznane. Nie tylko las, nie tylko spacer i drzewa.  To wszystko dopełnia się we mnie tylko wtedy, gdy moje oczy otwierają się na nowe, gdy moje nogi kroczą nową drogą. Nie dobieram słów, by wybić się ponad przeciętność. Najpierw napiszę siebie, stworzę ze słów spontanicznych, nauczę się wychodzić bez wstydu, bez strachu. Po to, by czekać na Wasze reakcje bez bólu.

I oto jestem. Spokojna i napełniona nowym. Przez cały tydzień wchłaniająca dar przestrzeni. Kocham być w domu, ale tylko przestworza budzą do działania…

4 Komentarze

Dodaj komentarz